niedziela, 8 października 2017

Najtrudniej napisać pierwsze zdanie...
Przejrzałam dzisiaj pobieżnie lokalną gazetę. Znalazłam w niej sondę uliczną. Pytanie brzmiało: jak spędzasz wolny czas? Dziwnym trafem wzięły w niej udział... młode matki i jeden jedyny chłopak. Zadziwiły mnie odpowiedzi kobiet. Mniej więcej brzmiało to tak: jestem mamą i najważniejsze jest dziecko, dbam o jego rozwój, chodzimy na spacery, czytam mu bajki... A gdzie odpowiedź na pytanie? I właśnie te odpowiedzi dziwnym trafem zainspirowały mnie do powrotu do wspomnień :)
Jestem już matką. Tak, miałam już swoje maleństwo przez krótką chwilę w ramionach. I co dalej? Jestem zmęczona porodem. Zawożą mnie na salę i w zasadzie zostawiają w łóżku, nic mi nie mówiąc ani nie tłumacząc. W pewnym momencie słyszę w oddali głos mojego chłopaka (to były czasy, w których odwiedziny na położniczym były surowo zabronione). Woła mnie pod oknem. Wiele nie myśląc wyskakuję z łóżka, podchodzę do okna i... i nie mam pojęcia co dalej. Tracę przytomność. Budzę się położona do łóżka. Starsza pielęgniarka do mnie krzyczy... tylko ja nie wiem, co ona ode mnie chce. Przecież nikt mi nie powiedział, że nie mogę wstawać... A ta starsza pani miała być najlepszą na świecie położną... tak mówiły mi wszystkie kobiety :) Zapomniały tylko dodać, że powinnam przed wszystkim coś tam wsunąć do kieszeni. Ale nic z tego, nigdy nikomu nie dałam i nie dam łapówki. Więc... cierp ciało jak żeś chciało. Okazało się, że podczas porodu lekarka nie była pewna czy wydaliłam w całości łożysko, więc podjęła decyzję o łyżeczkowaniu. Podczas tego zabiegu straciłam dużo krwi i hemoglobina spadła mi do 7 (norma to 11-16). Tylko, że nikt mi o tym nie powiedział. Leżałam więc...
Była to niedziela. Można nawet powiedzieć, że leniwa niedziela. Leniwa, bo po tym incydencie pod oknem nikt do mnie nie zajrzał. Wsparciem były jedynie kobiety leżące ze mną w sali. Aż tu na korytarzu rozległ się głos doktora Albińskiego. Wpadł na chwilę po coś na oddział i przy okazji odwiedził pacjentki :) Kiedy stanął koło mojego łóżka i spojrzał na kartę... Powiedział do mnie: dziecko, co oni z tobą zrobili? A potem rozpętał małe piekiełko. Zarówno starsza, jak i młodsza pielęgniarka musiały opuścić przytulną kanciapkę i zająć się moim stanem. Lekarz zalecił transfuzję. Została mi bardzo niedbale podłączona kroplówka z krwią. Po swojej kuracji żółtaczkowej na oddziale zakaźnym była specjalistką od kroplówek. Od razu poczułam, że krew płynie w mięsień, poza żyłę. Ale pielęgniarka oczywiście wiedziała lepiej. Po pewnej chwili miałam rękę jak balon... Długo płynęła kroplówka i długo nie mogłam objąć i nakarmić swojego dziecka. Dotrwałam do wieczornej zmiany... A na nocny dyżur przyszedł... ANIOŁ!!! Pani Ewa. Obeszła wszystkie sale, zainteresowała się stanem wszystkich położnic. A kiedy podeszła do mojego łóżka i odchyliła kołdrę, to była mocno ... zniesmaczona. Od chwili porodu nikt mi nie zmienił podkładu, nikt mnie nie umył ani nie zapytał czy oddawałam mocz. Pani  Ewa nadrobiła wszystkie zaległości. Poczułam się jak w niebie. Nawet pod jej opieką odwiedziłam toaletę... A potem przyniosła mi dziecko i pokazała jak mam je przystawić do piersi. Z zawiniątka wystawała tylko czarna, kudłata główka. Była to najpiękniejsza główka i najpiękniejsze włosy na świecie. Pierwsze ssanie piersi... to jest takie cudowne uczucie, że trudno je wyrazić słowami. I natychmiast zapomniałam o wszystkim, co mnie spotkało. Półmrok sali, ja i moje dziecko... I kipiąca, rosnąca miłość. Choć sama byłam jeszcze dzieckiem, to wiedziałam, że podołam. Że wychowam swoje dziecko najlepiej jak będę umiała i nie będzie ono dla mnie ciężarem. Od tej chwili minęło 31 lat i śmiało mogę powiedzieć, że mi się udało. Lekko nie było, ale o tym w innym wpisie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz