Nie poradziłam sobie jeszcze z żałobą. Z jednej strony staram się żyć normalnie, mam świadomość, że czasu się nie cofnie i raz zakończone życie nie wróci. Z drugiej... czuję ogromny żal, smutek. Czasami nawet wściekłość na mamę, że zostawiła nas tak nagle i tak szybko. Wspólna kolacja wigilijna, a trzy tygodnie potem... Zastanawiam się, jak wyglądały by te trzy tygodnie, gdybyśmy wiedziały, że to nasze ostatnie? Żal przychodzi do mnie w bardzo dziwnych momentach. Tuż przed świętami kupiłam maxi pakę papieru toaletowego. Mama zapytała, czy może wziąć dwie rolki, bo jej się papier skończył i zapomniała kupić. Siedząc w łazience i patrząc na ten nieszczęsny papier zaczynałam płakać... jej już nie ma, a ten papier jeszcze się nie skończył...
Czasami idę ulicą i wypatruję, czy gdzieś jej nie dojrzę biegnącej do Ewelinki, bo dzieci się rozchorowały i trzeba z nimi zostać...
Nie wiem, jak w tym czasie udało mi się pozaliczać przedmioty na studiach i zdać egzaminy? Teraz jest mi łatwiej, pomógł mi powrót do pracy. W pracy muszę być ogarnięta. Na cmentarzu byłam zaledwie trzy razy. Mama leży w grobie babci, więc mogę sobie wmawiać, że odwiedzam babcię, a mama siedzi gdzieś tam u siebie i nie wychodzi z domu, bo jest zimno. Uporządkowanie rzeczy też egoistycznie zostawiłam siostrze...
Dopóki jest zimno mogę jeszcze przed sobą udawać, że nic się nie zmieniło. Wraz z przyjściem wiosny wszystko się zmieni, nie spotkam jej już na mieście, nie pomacha mi z okna gdy będę biegła w ząbkowickiej dyszce, nie przyjdzie posiedzieć z dziećmi na ogródku... Choć spędzałyśmy ze sobą mało czasu, bardzo mi jej brakuje. Teraz prawdziwie rozumiem słowa księdza Tischnera "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz