Poniedziałek... niektórzy nie lubią poniedziałków, z wiadomych przyczyn. Dla mnie dzień tygodnia jest obojętny, pracuję jak załoga huty, w ruchu ciągłym. Więc niejednokrotnie mój weekend wypada w środku tygodnia. Co również ma swoje zalety. Ale nie w tym rzecz, czy lubię poniedziałki. Po prostu wyświetlił mi się komunikat, że dawno nie pisałam. A kiedy poranek powitał mnie cudownym słoneczkiem, a w drodze do przedszkola spotkałam Anetę (która niestety nie pamięta naszych wysiłków związanych z pielęgnacją urody), uznałam wszystko za znak i... przystępuję do pisania.
Ważnym miejscem integrującym uczniów była szkolna stołówka. Co prawda babcia codziennie gotowała dwudaniowe obiady, ale ja koniecznie chciałam stołować się w szkole. Babcia uległa, zapisała mnie na obiady i rozpoczęłam stołówkową integrację :)
Gdy tylko zabrzmiał dzwonek na długą przerwę, każdy rozpoczynał wyścig do okienka. Taka swoista rywalizacja. Potem należało zająć najlepszy stolik. My, z VII B, staraliśmy się spożywać posiłki przy jednym, wspólnym stole. Ważne miejsce w towarzystwie zajmował ten, kto potrafił przekonać panią Dorotkę i wyłudzić dokładkę pampuchów z owocową polewą. Właśnie w szkolnej stołówce jadłam najlepsze na świecie pampuchy i najlepszy na świecie sos owocowy.
Mniej więcej w siódmej klasie, czyli około roku 1982/1983 rozpoczął się w szkole remont. Dotyczył przede wszystkim szkolnych toalet. Stare toalety znajdowały się w podziemiu, były ponure i niezbyt pachnące. W trakcie remontu toalety umiejscowiono po obu stronach przejścia do stołówki. Na tamte czasy to był wypas... na ścianach znalazły się kafelki i kabiny miały domykające się drzwi. A jeżeli chodzi o drzwi oddzielające toalety od stołówki, zamykały się za pomocą sprężyny. I okazało się, że mogą być bardzo niebezpieczne...
Dzień był bardzo pogodny, słoneczny i ciepły, więc wnioskuję, że zbliżał się koniec roku szkolnego. Gdy tylko zabrzmiał dzwonek na dużą przerwę, swoim zwyczajem ruszyliśmy pędem do stołówki. Drzwi za każdym z nas samoczynnie się zamykały. Każda następna osoba otwierała je z rozmachem i pozostawiała do swobodnego zamknięcia. Wszystkim udało się pokonać przeszkodę, aż nadbiegł Andrzej... I tu drzwi nie zdążyły się całkowicie zamknąć. Andrzej uznał, że zdąży przez nie przebiec. Niestety lekko przymknięte drzwi stanowiły pułapkę... Andrzej nadział się ramieniem na klamkę. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam. Klamka dosłownie wbiła mu się w rękę. Miał szczęście, że nie trafiła w tętnicę. Zaczęła się panika. Andrzej mocno krwawił, ktoś wezwał pogotowie, ktoś usiłował mu pomóc... nie pamiętam co było potem. Czy jedliśmy obiad, czy też towarzyszyliśmy Andrzejowi? Następny obraz, który pamiętam, to karetka pogotowia stojąca na szkolnym podwórku. Taki fiat 125 p z przedłużonym bagażnikiem. Chyba nazywało się to kombi. A w karetce nasz Andrzej z założonym opatrunkiem uciskowym, który raz rękę zgina, to znowu prostuje. A przy tych czynnościach żyła w jego ramieniu raz wychodzi na wierzch, to znowu się chowa... A dokoła karetki uczniowie jak glonojady przyklejeni do szyby i obserwujący jego wyczyn :) Przezwisko "Świrek" było jak najbardziej trafione.
Andrzej to ta głowa wystająca zza ramienia Janusza Wójcika..
Czy w chwili robienia zdjęcia ktoś mógł pomyśleć, że obaj odejdą od nas
mniej więcej w tym samym czasie???

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz