wtorek, 11 sierpnia 2015

Upał. Wszystko jest jakby spowolnione, rozleniwione. A mnie nosi. Tyle, że ciężkie prace fizyczne zdecydowanie odpadają. Długie spacery również. Może coś napisać?
Poszłam z samego rana do warsztatu samochodowego, bo mój pojazd zaczął się buntować. W wejściu spotkałam mojego szkolnego kolegę Zbyszka. Ogromny mężczyzna. A w podstawówce byliśmy takiego samego wzrostu i postury. Każdy mówił na niego Zbysiu, bo był taki drobny.
W imię poprawności politycznej pojechaliśmy na dwie szkolne wycieczki. Pierwsza do Oświęcimia, a druga do Gross Rosen. Niewiele z tych wycieczek zapamiętałam. Teraz uważam, że wycieczki młodzieży szkolnej do obozów koncentracyjnych, to nie jest najlepszy pomysł. Ale wtedy takie wycieczki były ideologicznie potrzebne. Zanim pojechaliśmy do Oświęcimia, przerabialiśmy wiersz Tadeusza Różewicza pt "Warkoczyk". Pozwolę sobie przytoczyć tu wspomniany wiersz, ponieważ nie wiem, czy nadal jest analizowany przez młodzież na lekcjach języka polskiego.

Różewicz Tadeusz

Warkoczyk

Kiedy już wszystkie kobiety
z transportu ogolono
czterech robotników miotłami
zrobionymi z lipy zamiatało
i gromadziło włosy

Pod czystymi szybami
leżą sztywne włosy uduszonych
w komorach gazowych
w tych włosach są szpilki
i kościane grzebienie

Nie prześwietla ich światło
nie rozdziela wiatr
nie dotyka ich dłoń
ani deszcz ani usta

W wielkich skrzyniach
kłębią się suche włosy
uduszonych
i szary warkoczyk
mysi ogonek ze wstążeczką
za który pociągają w szkole
niegrzeczni chłopcy.


Wiersz jak wiersz, nie zrobił na nas większego wrażenia. Przynajmniej na mnie...dopóki nie ujrzałam tej gabloty. Gablot wypełnionych wszelkim sprzętem, butami, okularami i... włosami. To było dla mnie ogromne przeżycie. A po tych doznaniach wyszliśmy przed obóz, gdzie odbywał się zwykły, pamiątkarski handel. Jeszcze przed wejściem do obozu kupiłam sobie srebrny pierścionek. A potem, kiedy patrzyłam na ten pierścionek, robiło mi się nieswojo. Miejsce zakupu było niewłaściwe.
Droga do domu nie przypominała zwykłego powrotu młodzieży z wycieczki. Większość była jakaś zadumana. Nie bawiły nas ani zwykłe w takich okolicznościach śpiewy, ani wygłupy kolegów. Nawet zdjęć mamy z tego wyjazdu niewiele.


Jakby za mało nam było Oświęcimia, zafundowano nam jeszcze wycieczkę do Gross Rosen. Ale Gross Rosen nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. W porównaniu z Oświęcimiem i Brzezinką było to obozowe "przedszkole". Oczywiście w tamtych czasach nawet słówkiem nie wspominano o gułagach w głębi ZSRR. Słowem nie mówiło się o Sybirakach, Katyniu, Charkowie...Takie były czasy, w których wchodziłam w dorosłość. Dlatego bardzo sobie cenię wolność słowa, na którą obecnie mogę sobie pozwolić. Piszę o czym chcę i nikt nie ingeruje w moje wspomnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz