Dziesiąty kwietnia to szczególna data. Aby oszczędzić sobie niepotrzebnych nerwów, stresów itp, które w połączeniu z depresyjną pogodą mogłyby mnie dotknąć, postanowiłam w dniu dzisiejszym unikać wszelkich informacji: radia, telewizji, gazet, portali informacyjnych i społecznościowych. Ogólnie mówiąc- komputera z dostępem do internetu. I nie chodzi tu wcale o to, że nie szanuję pamięci ofiar. Ale w swoim życiu byłam wirtualnym świadkiem wielu katastrof: samolotów ( Las Kabacki), promów pasażerskich, pociągów... Ofiary katastrofy smoleńskiej były tylko bardziej znane, niż pozostałe. A ja nie wartościuję ludzi na podstawie ich większej bądź mniejszej popularności. Wszystkim należy się jednakowa pamięć i szacunek, bez tych cyrków wyprawianych wokół obchodów. Tak więc odizolowawszy się od wszelkich informacji, zabrałam do pracy tablet bez dostępu do internetu i postanowiłam coś tam sobie napisać. Miałam pisać już przed wczoraj, ale jakoś zabrakło mi weny.
W piątek, przy okazji prelekcji Kamila, w Izbie Pamiątek spotkałam swoją mentorkę, w pewnym sensie nauczycielkę i przyjaciółkę, panią Basię Gontarczyk. Niesamowicie mnie to spotkanie ucieszyło. Pani Basia od jakiegoś czasu mieszka sobie w domku w górach i odwiedza Ząbkowice tylko od czasu do czasu. Spotkanie z panią Basią stało się katalizatorem do powrotu do szkolnych wspomnień.
Jednym ze szkolnych zwyczajów i obowiązków były dyżury na korytarzu. Teraz w wielu szkołach można spotkać się z recepcjami, ale w moich czasach musiała nam wystarczyć szkolna ławka i dwa krzesła. Ponieważ dyżury pełniliśmy parami, wynikającymi z kolejności występowania w dzienniku. I w ten oto sposób, przy okazji pełnienia dyżuru, miałam sposobność bliższego poznania się z Krzyśkiem Śliwką. Okazało się, że mamy wspólne zainteresowania, poezja, muzyka, malarstwo... Mogę śmiało powiedzieć, że zostaliśmy przyjaciółmi. Wymieniam Krzyśka z imienia i nazwiska, ponieważ zrobił literacką karierę i stał się osobą publiczną. To właśnie Krzysiek zapoznał mnie z panią Basią i wprowadził w świat ząbkowickiej "bohemy". A siedzibą naszą była "Grota". Spędzaliśmy tam prawie każde popołudnie. Ludzie o przeróżnych zainteresowaniach, wieku i pochodzeniu. Malarze, poeci, recytatorzy, amatorzy teatru. Organizowaliśmy wystawy, spotkania, koncerty, przedstawienia. Albo po prostu siedzieliśmy w wąskim gronie i dyskutowali. Związałam swoje losy z "Grotą" na długo. A z panią Basią już na zawsze. Po prostu uwielbiam tę kobietę. Właśnie stamtąd pochodzą moje różnorodne znajomości. Część osób poznanych w "Grocie" niestety przeszło już na drugą stronę. Między innymi pan Zygmunt Kułaczkowski, przedwojenny dżentelmen, który przez jakiś czas uczył mnie w technikum języka niemieckiego. Być może nie nauczył nas języka, ale na pewno dbał o maniery i kindersztubę. Najważniejsze było to, że w klubie"Pax" pod kierownictwem pani Basi, było miejsce dla każdego, bez względu na wiek, wykształcenie, poglądy. Był to czas PRL, realnego socjalizmu, a my mieliśmy tam namiastkę wolności. Kiedy przechodzę obok pustych pomieszczeń "Groty", odczuwam smutek i żal. To klimatyczne miejsce nie powinno stać puste. My wypełnialiśmy je z radością. Pani Basia, wraz z panią Zosią zawsze miały dla nas czas. Nie przypominam sobie sytuacji, w której tupałyby z niecierpliwością, oczekując wyjścia ostatniego bywalca. Wielu z naszych młodocianych wówczas artystów miało swój debiut w "Grocie", pod skrzydłami pani Basi. Jeżeli chodzi o mnie, to nie przejawiałam żadnych artystycznych talentów. No, może jedynie potrafiłam recytować. Kiedy wraz z Krzyśkiem postanowiliśmy wziąć udział w jakimś konkursie recytatorskim, pani Basia przygotowywała nas do występu. To jej zawdzięczam rozwój swoich recytatorskich umiejętności... Pani Basia ma swoje miejsce w moim sercu i pamięci. Za każdym razem, kiedy się spotykamy, witamy się z ogromną wylewnością. A na ten tydzień jesteśmy umówione na kawkę i pogaduchy !!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz