Sto pierwszy post. Dlaczego dopiero dzisiaj? 10 stycznia to doskonały termin. Koniec grudnia wiąże się z różnego rodzaju podsumowaniami, rozliczeniami i innymi smętkami. Początek roku to znowu nowe plany, zobowiązania, postanowienia. A ja nie należę do zwolenników ani podsumowań, ani noworocznych zobowiązań. Najbardziej pasuje mi kontynuacja. A nowe wyzwania wolę podejmować z pierwszymi wiosennymi promieniami słońca. W moim, już prawie pięćdziesięcioletnim życiu tylko jeden sylwester był rewolucyjny. I niech tak zostanie.
Ale nie mogę go pominąć w moich wspomnieniach....
Powoli zbliżaliśmy się do końca semestru. Wiadomo jak z tym jest. W zasadzie nie miałam problemów z nauką, więc nie musiałam poświęcać na nią zbyt dużo czasu. Rozluźniły się również moje relacje z chłopakiem. Chciałam dać sobie trochę czasu na zrozumienie, co tak naprawdę nas łączy. Spotykać się z innymi ludźmi, chodzić na dyskoteki, kontynuować swoją harcerską pracę. Nie pamiętam kiedy dokładnie chłopak podjął decyzję o zatrudnieniu się w fabryce w Opolu. Na początku zimy już tam pracował. Pisaliśmy do siebie listy (żałuję, że ich nie zachowałam), spotykali raz na dwa tygodnie, kiedy przyjeżdżał na weekend do domu. Na mikołajki dostałam paczkę, a w niej sympatycznego, pluszowego misia. Kiedy ją rozpakowałam, ciocia Maryla zażartowała: żebyś teraz do tego misia nie dostała jeszcze innego prezentu :)
Małymi kroczkami zbliżały się święta. Czas, którego nie znosiłam. Nie było w naszej rodzinie magii. Najpierw wszyscy się napracowali, a przy wigilijnym stole wypominali żale z całego życia. Starałam się uciekać do babci i dziadka Talarków, bo u nich było znacznie sympatyczniej. Zima roku 1985 była śnieżna i mroźna. Taka prawdziwa :) Między świętami a sylwestrem do rodzinnego domu powrócił wujek Rysiek. Tak się złożyło, że jego małżeństwo się "skomplikowało". Żeby odreagować postanowił dobrze się zabawić na jakimkolwiek balu sylwestrowym. I wymyślił sobie, że będę mu na tym balu towarzyszyła. Nigdy nie należałam do miłośniczek bali. Ba, nawet nie posiadałam odpowiedniego stroju, ale wujek się uparł. Rozpoczęłam więc wędrówkę po wszystkich ówczesnych lokalach w poszukiwaniu wolnych miejsc. Dolnośląska, Kameralna, Fael... aż w końcu udało się kupić bilety na bal w ZOKu. I na biletach poprzestałam. Nie miałam ochoty uczestniczyć w tej szopce. Co prawda nie mogłam w żaden sposób wytłumaczyć wujkowi, że pójście nastolatki (niepełnoletniej) na bal w trzydziestoletnim (ponad) mężczyzną nie będzie stosowne. Wiedziałam, że na tym balu będą się bawić moje koleżanki ze szkoły, Ania i Beata, ale one były już pełnoletnie. No i szły tam ze swoimi chłopakami, a nie ze "starym" facetem. Problem rozwiązał się sam.
Parę godzin przed rozpoczęciem zabawy ciocia Maryla pokłóciła się ze swoim mężem i oświadczyła, że idzie na bal ze swoim bratem. Mniej więcej w tym samym czasie do drzwi zapukał Rysiek. Chciał po prostu złożyć mi życzenia. Został jednak siłą wciągnięty do mieszkania. Ciocia wręczyła mu do ręki szampana i wepchnęła do mojego pokoju. "Bawcie się w domu, ja idę na bal!" Cóż było robić? Zabawiliśmy się, pogodzili i... I tak właśnie sylwestrowa noc 1985/1986 zrewolucjonizowała moje życie na zawsze. Ale wtedy jeszcze nie miałam tej świadomości :)
Powoli zbliżaliśmy się do końca semestru. Wiadomo jak z tym jest. W zasadzie nie miałam problemów z nauką, więc nie musiałam poświęcać na nią zbyt dużo czasu. Rozluźniły się również moje relacje z chłopakiem. Chciałam dać sobie trochę czasu na zrozumienie, co tak naprawdę nas łączy. Spotykać się z innymi ludźmi, chodzić na dyskoteki, kontynuować swoją harcerską pracę. Nie pamiętam kiedy dokładnie chłopak podjął decyzję o zatrudnieniu się w fabryce w Opolu. Na początku zimy już tam pracował. Pisaliśmy do siebie listy (żałuję, że ich nie zachowałam), spotykali raz na dwa tygodnie, kiedy przyjeżdżał na weekend do domu. Na mikołajki dostałam paczkę, a w niej sympatycznego, pluszowego misia. Kiedy ją rozpakowałam, ciocia Maryla zażartowała: żebyś teraz do tego misia nie dostała jeszcze innego prezentu :)
Małymi kroczkami zbliżały się święta. Czas, którego nie znosiłam. Nie było w naszej rodzinie magii. Najpierw wszyscy się napracowali, a przy wigilijnym stole wypominali żale z całego życia. Starałam się uciekać do babci i dziadka Talarków, bo u nich było znacznie sympatyczniej. Zima roku 1985 była śnieżna i mroźna. Taka prawdziwa :) Między świętami a sylwestrem do rodzinnego domu powrócił wujek Rysiek. Tak się złożyło, że jego małżeństwo się "skomplikowało". Żeby odreagować postanowił dobrze się zabawić na jakimkolwiek balu sylwestrowym. I wymyślił sobie, że będę mu na tym balu towarzyszyła. Nigdy nie należałam do miłośniczek bali. Ba, nawet nie posiadałam odpowiedniego stroju, ale wujek się uparł. Rozpoczęłam więc wędrówkę po wszystkich ówczesnych lokalach w poszukiwaniu wolnych miejsc. Dolnośląska, Kameralna, Fael... aż w końcu udało się kupić bilety na bal w ZOKu. I na biletach poprzestałam. Nie miałam ochoty uczestniczyć w tej szopce. Co prawda nie mogłam w żaden sposób wytłumaczyć wujkowi, że pójście nastolatki (niepełnoletniej) na bal w trzydziestoletnim (ponad) mężczyzną nie będzie stosowne. Wiedziałam, że na tym balu będą się bawić moje koleżanki ze szkoły, Ania i Beata, ale one były już pełnoletnie. No i szły tam ze swoimi chłopakami, a nie ze "starym" facetem. Problem rozwiązał się sam.
Parę godzin przed rozpoczęciem zabawy ciocia Maryla pokłóciła się ze swoim mężem i oświadczyła, że idzie na bal ze swoim bratem. Mniej więcej w tym samym czasie do drzwi zapukał Rysiek. Chciał po prostu złożyć mi życzenia. Został jednak siłą wciągnięty do mieszkania. Ciocia wręczyła mu do ręki szampana i wepchnęła do mojego pokoju. "Bawcie się w domu, ja idę na bal!" Cóż było robić? Zabawiliśmy się, pogodzili i... I tak właśnie sylwestrowa noc 1985/1986 zrewolucjonizowała moje życie na zawsze. Ale wtedy jeszcze nie miałam tej świadomości :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz