niedziela, 9 września 2018

I minął mojej wnuczce pierwszy tydzień w szkolnej ławie. Na razie jest zadowolona i oby tak już zostało. Szkoła to cudowne miejsce, nie ważne przed czy po reformie. Bo ze szkoły pochodzą największe przyjaźnie, wspomnienia, i... młodość.
Ja jeszcze na chwilę wrócę do swojej szkoły, wydziału zaocznego ZSZ im. Stanisława Staszica. Według świadectwa maturalnego ukończyłam Średnie Studium Zawodowe o kierunku operatywno-handlowym, co by to nie znaczyło :) Mówiąc szczerze do dziś mam problem, gdy ktoś mnie pyta jaki jest mój zawód? Poziom nauczania, zwłaszcza przedmiotów ogólnokształcących był niski. Z wyjątkiem fizyki pana Markiewicza i chemii pana Krawcowa. No, jeszcze rosyjski był na niezłym poziomie. Po pewnym czasie straciłam zainteresowanie nauką, bo najzwyczajniej nie miałam z kim rywalizować.
Ale lubiłam chodzić na zajęcia. Były odskocznią od codzienności młodej matki. No i przez parę godzin ktoś inny zajmował się dzieckiem :) 
Zajęcia były zorganizowane w ten sposób, że na przedmiotach ogólnokształcących spotykały się dwa kierunki:mechaniczny i operatywno-handlowy, a na przedmioty zawodowe rozchodziliśmy się. O dziwo nauczyciele od przedmiotów zawodowych bardzo poważnie traktowali swoją misję. Pani Oli Suszczyńskiej zawdzięczam umiejętność błyskawicznego liczenia w pamięci, którą posiadam do dziś, choć nieużywana powolutku zanika. Kiedy przychodziła na zakupy do sklepów, w których część z nas pracowała (o mojej karierze zawodowej napiszę później) chowaliśmy kalkulatory, kartki, ołówki i liczyli w pamięci. A materiałoznawstwo mieliśmy z panem Piotrem Burmistrzem. Opowiadał świetne anegdotki związane z nazwiskiem. Ale zalety różnorodnych towarów, moc żarówek, zawartość sera w serze itd. znaliśmy perfekcyjnie. Inna rzecz, nigdy w zasadzie tej wiedzy nie wykorzystałam. 
Nauka upływała nam w miłej, koleżeńskiej atmosferze, aż dotrwaliśmy do pierwszej sesji egzaminacyjnej. I tu muszę powiedzieć, że dzięki przyzwyczajeniu do sesji, nigdy na studiach nie dopadał mnie sesyjny stres. A po zdanych egzaminach... czas na relaks, tańce swawole, czyli wspólne wyjście do knajpy. I mój kolejny, pierwszy raz... spożycie alkoholu. Wtedy byłam mało asertywna. Ulegałam słowom:co, ze mną nie wypijesz? Kto nie pije ten donosi itp. Mój pierwszy alkoholowy raz był bolesny, zwłaszcza w dniu następnym :) 
Wróciłam do domu, do końca nie wiem jakim sposobem i od razu dopadłam i wzięłam w objęcia muszlę. Organizm boleśnie wydalał truciznę jakby koty szarpiące moje wnętrzności. Okropieństwo! Na to wszystko patrzyła moja ciocia i kpiła z mojej niemocy, a babcia była gotowa wydrapać jej oczy, bo Beatka nie pije, musiała się czymś boleśnie struć! I czuwała nade mną, i nosiła mi rosołek, i spełniała moje zachcianki. A mną szarpały wyrzuty sumienia, że tak niecnie ją oszukałam. 
A potem przyszły wakacje... Ale o tym później.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz