wtorek, 20 listopada 2018

Środek tygodnia to dobry czas na podsumowanie świątecznego weekendu. Po raz kolejny cieszę się, że mieszkam w małym miasteczku, a nie w wielkomiejskim zgiełku. Bo małomiasteczkowe świętowanie było znacznie lepsze :)
Taaak, napisałam powyższy tekst... tydzień temu, po czym odłożyłam na chwilę. No i chwila (tydzień) minęła.Chciałam pisać o babci Adeli, ponieważ na 11 listopada przypadała 121 rocznica jej urodzin. Więcej niż Niepodległej Polski. Babcia Adela urodziła się pod zaborem rosyjskim, przeżyła wiele, w tym rewolucję październikową i socjalizm wojenny. A wiecie do czego doprowadził socjalizm wojenny? Do wielkiego głodu na Ukrainie. Babcia miała wiele tragicznych przeżyć, które prześladowały ją do końca życia. Zmarła kiedy miałam zaledwie 9 lat, więc nie wszystko pamiętam, ale w pamięci utkwił mi jej zwyczaj całowania chleba. Babcia kupowała zawsze nadmiar chleba. Przed ukrojeniem pierwszej kromki z namaszczeniem kreśliła na bochenku znak krzyża. Potem dzieliła rodzinę kromkami. Kiedy komuś chleb spadł na ziemię, należało go z szacunkiem podnieść i ucałować. Można było odłożyć na piec, gdzie nadmiar chleba był suszony. A potem tarty na bułkę, bądź oddawany dla zwierząt. Nigdy żadna kromka nie trafiła na śmietnik.
Ten zwyczaj celebracji chleba przejęła po swojej babci moja mama. A ja? Cóż, czasy się zmieniły, ale nadal zbieram i suszę nadmiar chleba. I mam ogromny problem, bo nie mam co z tym suszonym chlebem zrobić, a sumienie nie pozwala wynieść na śmietnik. Czasami wożę w bagażniku i przy okazji wysypuję do paśników. Czasami uda mi się zawieźć koniom...
Z czym jeszcze kojarzy mi się babcia? Z opowieściami. Gdy byłam dzieckiem babcia się mną opiekowała. Zimą, kiedy szybko zapadał zmrok, rozpalała w piecu i tylko w blasku ognia padającego z pieca snuła przepiękne opowieści.Do dziś nie wiem, czy były prawdziwe czy fikcyjne. Jak sobie to przypomnę, czuję ciepło płynące od pieca i zapach babci. Rozpieszczała mnie ponad miarę, ale i tak wyrosłam (mam nadzieję) na porządnego człowieka. W czasie deszczu, kiedy dzieci się nudzą, babcia Adela wnosiła na drugie piętro wiadro piasku i w przedpokoju robiła mi piaskownicę :) Albo rysowała kredą na podłodze klasy i pozwalała mi skakać. Pewnie ku niezadowoleniu sąsiadów z dołu. Pomimo miażdżycy i trudności w poruszaniu potrafiła pójść do piekarni po bułkę jagodziankę, kiedy tylko wykazałam chęć zjedzenia bułeczki. Taaak, z babcią miałam jak w raju. A właściwie z prababcią. Zakupy to zupełnie inna historia, niestety dziś nikomu już niedostępna. Dwa razy w tygodniu chodziłyśmy na targ. Ale co to był za targ! Stały wozy konne, na których rolnicy prezentowali prosiaczki, kury, kaczki, pisklęta. Na innych wozach sprzedawano ziemniaki, owoce, ziarno czy mąkę. Na małych stołeczkach prezentowano sery, masła i śmietanę. A wszystko takie pachnące, że ślinka ciekła. I mydło-powidło oferowane na płachtach rozłożonych na ziemi...
Po powrocie do domu dostawałam ogromną kromkę chleba ze śmietaną i cukrem. Po prostu rarytas! A wędliny? Babcia kupowała zwykle mięso i podgardle, boczek, zwykłą kiełbasę, a dla mnie prawdziwe kabanosy (niezwykle drogie) i kiełbasę na 66. Prawdopodobnie chodziło o cenę kiełbasy, ale w pamięci pozostał mi zwrot: i da mi pani dwa pętka tej na 66. Jakie życie było piękne, kiedy człowiek był dzieckiem!
Mając tak piękne wspomnienia z dzieciństwie związane ze swoimi babciami, po prostu nie mogę nie rozpieszczać swoich wnuków. I niech rodzice mają pretensje, rozpieszczanie to moje święte prawo babci :)
Babcia Adela Sokołowska, urodzona 11 listopada 1897 roku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz