niedziela, 13 stycznia 2019

Jedno mrugnięcie powiek i minął rok... Wtedy to była sobota, od innych sobót wyróżniająca się tym, że miałam nic nie robić, oddać się błogiemu lenistwu. Z samego rana odwiedziła mnie przyjaciółka. Popijałyśmy poranną kawę i rozmawiały aż... Aż zadzwonił telefon:
- Beatka, dzwoniła koleżanka mamy i powiedziała, żebyśmy przyszły bo mama u niej umiera.
Pomyślałam w pierwszej chwili, że to jakiś niedorzeczny żart. A potem, że pewnie coś zjadła albo wypiła i zwija się z bólu. Przecież nie jeden raz opowiadała, że zjadła smażone i umierała z bólu. Ubrałam się więc i poszłam... Okazało się, że nie poczekała na nas. Po prostu sobie umarła. 
Zawsze wydawała mi się niezniszczalna. Byłam przekonana, że mamy przed sobą jeszcze szmat czasu. Że z wszystkim zdążymy. Kiedy zobaczyłam ją taką leżącą nieruchomo, z zamkniętymi oczami, zimną, to najpierw przyszło niedowierzanie. Za chwilę się obudzę i okaże się to sennym koszmarem. Ale to była rzeczywistość. Żal, rozpacz, tęsknota przyszły później, razem ze świadomością o nieodwracalności...
Mówi się, że czas leczy rany. Pewnie tak, kiedyś będziemy ją wspominać bez łez. Ale jeszcze nie teraz. 
Niedawno uświadomiłam sobie, że kiedy mama spoczęła na cmentarzu, odwiedzam ją znacznie częściej niż za życia. Zmarnowałam masę czasu, którego już nie odzyskam. Muszę się z tym pogodzić. Muszę z tym żyć.
Czuję potrzebę opowiedzenia o mojej mamie, która nie była ideałem. Ale któż z nas nim jest? Pomimo różnych słabości była po prostu dobrym człowiekiem <3 . 
Urodziła się pięć lat po II wojnie światowej, w roku 1950. Nie miała łatwego dzieciństwa, ale wtedy mało kto miał łatwo. Aby pomóc swoim rodzicom zdecydowała się pójść do szkoły zawodowej
i zostać gastronomem. Szkoła zawodowa dawała możliwość zarobkowania, ponieważ praktyki były płatne. Mama była piękną, młodą kobietą. Chciała wyglądać ładnie i modnie, ale możliwości modnego ubioru były mocno ograniczone. Do szkoły musiała dojeżdżać. Była późna jesień, kiedy moja mama wystroiła się w krótką spódniczkę. Ale nie miała odpowiednich butów. Posiadane przez nią trzewiki nie pasowały do krótkiej spódniczki. Postanowiła więc ubrać domowe papcie zwane baletkami. To były zupełnie inne baletki od tych, które znamy dzisiaj. Były z materiału, a podeszwę miały z ceraty. Stała można powiedzieć, że boso na przystanku i czekała na autobus. Bardzo mocno zmarzła. W konsekwencji zachorowała na zapalenie płuc czy nawet na gruźlicę i wiele tygodni spędziła w szpitalu w Sokołowsku. Zawsze mi o tym opowiadała, kiedy jako młoda dziewczyna nie dbałam o ciepły ubiór w zimie. Potem, po szkole została kelnerką. To były lata sześćdziesiąte XX wieku. Zawód kelnera nie był jakoś szczególnie dobrze płatny, ale nadrabiało się napiwkami. Finansowo powodziło jej się dobrze. I mogła już sobie pozwolić na modne ciuchy. Tylko, że niezbyt długo cieszyła się swobodą. Miała zaledwie 19. lat kiedy przyszłam na świat. Pierwsze małżeństwo niestety skończyło się fiaskiem po roku. Ojciec był bardzo zazdrosny i zaborczy. Kiedyś ponoć obserwował przez okno jak pracowała. Zobaczył, że za bardzo (jego zdaniem) uśmiecha się do klientów. Wpadł na salę i wywalił na gości restauracyjnych cały stolik z zawartością. Mama musiała z własnych pieniędzy pokryć straty. Do tego bardzo się wstydziła. Na szczęście miała wyrozumiałego szefa. Zdecydowała się na rozwód, choć jeszcze bardzo długo musiała się borykać z chorobliwą zazdrością byłego męża.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz