wtorek, 19 lutego 2019

1/6...Edukacja

Wielokrotnie pisałam o szkole, ale zawsze w kontekście wspomnień. Dziś chciałabym swoją edukację przeanalizować, zastanowić się, co mi dała?
Proces zdobywania wiedzy w szkole podstawowej miałam, jakby to powiedzieć, mocno rozdrobniony. Związane to było ze zmianami miejsca zamieszkania. Ja jako dziecko niewiele miałam wówczas do powiedzenia, chociaż ten koczowniczy tryb życia mi nie odpowiadał. Gdy szłam do pierwszej klasy, moja mama miała 26. lat. Teraz osoby w tym wieku postrzegam jako jeszcze dzieci potrzebujące wsparcia rodziców. A oni byli już wtedy zdani tylko na siebie. Poszukiwali swego miejsca na ziemi. Ja im w tych poszukiwaniach towarzyszyłam. A że należało spełniać obowiązek szkolny, wraz ze zmianą miejsca pobytu, zmieniałam szkołę. Czy była to dla mnie trauma? Zaburzało mój dziecięcy świat? Nie, ja jedynie tęskniłam za babcią, którą widywałam rzadko. 
Naukę w szkole podstawowej rozpoczęłam w Zawierciu, w klasie I B. Uczyłam się tam do ferii zimowych, a potem byłyśmy zmuszone razem z mamą zmienić miejsce pobytu. Nie będę wracać do powodów tego stanu rzeczy. Z tego pierwszego półrocza w mojej pamięci pozostało tylko mgliste wspomnienie, w którym każdego dnia rozpoczynaliśmy lekcje od wniesienia i postawienia na biurku proporczyka i odśpiewania hymnu klasy. Słowa brzmiały jakoś tak: Gdy dzwoneczek się odezwie biegniemy do szkółki, by pracować pracowicie jak robocze pszczółki. Dana moja dana, szkółko ukochana, chętnie cię witamy, bo szczerze kochamy! Pamiętam jeszcze, że uczyliśmy się z elementarza Falkowskiego i pisali stalówką maczaną w kałamarzu. Nie pamiętam za to ani imion koleżanek i kolegów, ani nawet imienia wychowawczyni. Korzyści, jakie wyniosłam z tego krótkiego pobytu? Pisanie stalówką wyrobiło mi porządny charakter pisma :)
Następną klasą była klasa I w szkole nr. 4. w Ząbkowicach. Rozpoczęcie nauki w czwórce przysporzyło odrobinę kłopotu. Mama pozostawiła mnie pod opieką babci i cioci i wróciła do Zawiercia. Okazało się, że w nowej szkole uczy się z podręcznika "Litery", więc mój Falkowski nie był potrzebny. Kupić książki w środku roku szkolnego 1976/1977 graniczyło z cudem. A zwłaszcza ćwiczeń, bo używanych podręczników było sporo. Ciocia przepisywała mi polecenia do ćwiczeń do zwykłego zeszytu, a ja je wypełniałam. W tej klasie spędziłam 2,5 roku. Nawiązałam pierwsze szkolne przyjaźnie. Wiesiu...zapewne to przeczytasz. Byłaś moją pierwszą, szkolną przyjaciółką, więc tym bardziej jest mi miło, że odnowiłyśmy kontakty. Nie ważne, że tylko przez Internet i telefon. Akurat skład tej klasy oraz nazwiska nauczycieli pamiętam do dziś. Obecnie w budynku szkoły znajduje się przedszkole, do którego chodziły moje dzieci, rodzeństwo, siostrzeńcy i wnuczka. Budynek pełen moich dziecięcych wspomnień. 
Przyszedł czas, w którym moja mama zapragnęła znowu mieć mnie przy sobie. Ponownie zmieniłam szkołę. Wróciłam do Zawiercia, ale do klasy IV D. Z tego etapu pamiętam jedynie pewne przykre zdarzenie. Przyszłam do szkoły w białej, plisowanej spódniczce. W pewnym momencie jakiś chłopak podbiegł i podniósł mi spódnicę z okrzykiem "kino za darmo"! Dostałam białej gorączki. Pomimo tego, że byłam raczej mała i wątła, powaliłam tego chłopaka i bardzo mocno tłukłam pięściami, aż ktoś z nauczycieli z niego mnie ściągnął. Nie jestem z tego ataku agresji dumna. Aby nie dopuścić do podobnych wybryków, aż do szóstej klasy nie nosiłam spódnic. Po półroczu przenieśliśmy się do Myszkowa. Spędziłam w myszkowskiej  szkole 2,5 roku. Nabrałam wielu doświadczeń, nauczyłam się walczyć o swoje. Poznałam nowe koleżanki, nawiązałam nowe przyjaźnie. W Myszkowie mieliśmy zwyczaj organizowania prywatek z okazji urodzin. Robiło się zaproszenia, mamy przygotowywały przekąski (chipsów nie było), zasłanialiśmy okna i tańczyli przy magnetofonie kasetowym. Inny dobry zwyczaj z Myszkowa? Często jeździliśmy na ciekawe wycieczki krajoznawcze. Po półroczu w szóstej klasie wróciłam do Ząbkowic. Niestety zmieniła się rejonizacja i nie mogłam wrócić do znanej mi już klasy i szkoły. Przydzielono mnie do szkoły nr 1. Do klasy VI B. Cóż mogę powiedzieć? Pokochałam tą szkołę, klasę i wszystkich jej uczniów i nauczycieli. Gdy ktoś mnie pyta o podstawówkę, zawsze identyfikuję się z jedynką i mam ogromny do niej sentyment. Ktoś by pomyślał, że częste zmienianie środowiska powoduje jakieś emocjonalne braki w dziecku. Niczego takiego nie odczuwałam. Wręcz przeciwnie, to że musiałam w środku roku szkolnego wchodzić we względnie zintegrowane środowisko spowodowało u mnie rozwinięcie umiejętności, dziś to się tak ładnie nazywa: umiejętności interpersonalne :) Nawiązywanie kontaktów, występy publiczne, prezentacje, wykłady nie wywołują u mnie stresu. Jestem otwarta i bardzo lubię ludzi. Uwielbiam mieć wielu znajomych. 
Edukacja to nie tylko szkoła podstawowa. Kolejny etap również nie przebiegał u mnie prosto i spokojnie. W dzieciństwie chciałam być weterynarzem albo nauczycielem. Ale zarówno technikum weterynaryjne jak i liceum pedagogiczne znajdowało się poza miejscem mojego zamieszkania. Babcia nie dopuszczała nawet myśli o tym, że zamieszkam w internacie. O dojazdach i marznięciu na przystankach również nie było mowy. Wybrałam więc szkołę oddaloną od mojego mieszkania o jakieś 150. metrów. Zespół Szkół Budowlanych, a konkretnie technikum budowlane. I choć nie dane mi było ukończenie tej szkoły, mam z nią związane najlepsze wspomnienia. Najlepsi, ukochani nauczyciele, nawet ci, którzy dawali w kość. Przyjaźnie, znajomości i umiejętności. Gdy ktoś mnie pyta o szkołę średnią, identyfikuję się z moją budowlanką. 
Maturę zdałam na wydziale zaocznym Zespołu Szkół Zawodowych na ulicy Wrocławskiej w Ząbkowicach, ale nigdy nie czułam się z tą szkołą związana. A po maturze...
Po maturze przyszły trudne czasy przemian gospodarczych lat dziewięćdziesiątych. Miałam małe dzieci, nie miałam stałej pracy, ani pewności jutra. Marzyłam o studiach matematycznych w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze, ale były dla mnie finansowo niedostępne. 
Kiedy dostałam swoją pierwszą poważną pracę, natychmiast złożyłam papiery na studia. Tym razem na Akademię Ekonomiczną w Jeleniej Górze. Zdałam bez problemu egzaminy wstępne (tak, tak, kiedyś zdawało się egzaminy) i rozpoczęłam studiowanie. Dobrnęłam do końca pierwszego roku. Nie dlatego, że mi nie szło, ale dlatego, że miałam absorbującą pracę. Często jeździłam na zajęcia po nocce, a po zajęciach wracałam na noc do pracy. Z Ząbkowic do jeleniej Góry jest około 100. kilometrów. Po jakimś czasie byłam najzwyczajniej wykończona. Zrezygnowałam ze studiów, bo w tamtym czasie miałam inne priorytety. Przede wszystkim musiałam zadbać o pracę, która dawała mi utrzymanie, wszak miałam małe dzieci. Wróciłam na studia, kiedy w Ząbkowicach otwarto filię Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Skończyłam te studia nawet z niezłym wynikiem, ale...nie przystąpiłam do obrony pracy licencjackiej. Kierunek studiów mi wybitnie nie leżał :) Ale nie myślcie, że był to czas zmarnowany. Wiedza raz zdobyta pozostaje. Chyba, że zdobywa się ją na zasadzie ZZZ. 
Teraz jestem w takim miejscu, w którym studiuję dla przyjemności. Bez żadnej presji. Turystyka i Rekreacja. Znalazłam dziedzinę, która wybitnie mnie interesuje i studiowanie przybrało inny wymiar. Uwielbiam swoje młodziutkie koleżanki i czas spędzany na uczelni. Człowiek uczy się całe życie, a wiek to stan ducha, nie metryczka z peselem. Przez swoje 50. lat (bez pięciu dni) zdobyłam spory zasób wiedzy i umiejętności. Pozwolę sobie wymienić kilka. Być może stanie się to inspiracją dla kobiet, które uważają, że już jest za późno :)
  • Opiekunka osób starych i chorych
  • Wychowawca kolonijny
  • Pierwsza pomoc przedmedyczna
  • Księgowość, kadry, płace
  • Animator czasu wolnego
  • Język niemiecki i jeszcze parę totalnie odjechanych, których zapewne nigdy nie wykorzystam.
Każdy kurs, oprócz określonych umiejętności niesie za sobą nowe, atrakcyjne znajomości. Takie prawdziwe, realne, nie wirtualne facebookowe. 

1 komentarz:

  1. A dlaczego nie napiszesz kto tą fantastyczną nową uczelnię ci pokazał? ��

    OdpowiedzUsuń