Dwa dni wolnego i ani chwili, żeby coś napisać. A dzisiaj... poszłam na spacer z psem. Należy się futrzakowi, bo spędzi w domu caluśki dzień. Zawędrowałam na pobliską łąkę, przeszłam na drugą stronę rzeczki i ujrzałam....
Że co??? zwykły odpływ kanału? Otóż nie zwykły! Ten kanał podziałał na mnie jak katalizator. I jak na zawołanie powróciły wspomnienia :)
Jak wspominałam w poprzednim poście, siódma klasa obfitowała w wydarzenia. Zaraz, jak tylko rozpoczęłam naukę w jedynce, zajęłam ławkę w klasie, wyjęłam książki, z ławki przede mną odwróciła się kudłata głowa. Należała do Andrzeja, zwanego przez wszystkich Świrkiem. Mojego największego, szkolnego utrapienia, a jednocześnie chyba największej dziewczęco- chłopięcej szkolnej przyjaźni. Andrzej był specyficzny, nie umiał skupić się dłużej nad jedną czynnością, kręcił się, wiercił, przeszkadzał... i wyprowadzał tym z równowagi nauczycieli, chyba wszystkich, bez wyjątku :) Gdyby rozpoczynał swoją edukację dzisiaj, pewnie zdiagnozowano by u niego nadpobudliwość albo ADHD. Ale to były jednak inne czasy i Andrzeja uznawano po prostu za niegrzecznego :) W szkole stawał na głowie, żeby mi dokuczyć, ale po szkole był nieodłącznym towarzyszem zabaw. Podejrzewam, że podkochiwał się we mnie, ale mnie takie relacje jeszcze wtedy nie interesowały. A poza tym chodzenie ze Świrkiem to był jednak obciach.
Któregoś dnia, po szkole trafiliśmy właśnie na łąkę przy wodociągach. Oprócz Świrka była ze mną Iza, koleżanka z Konopnickiej i jej brat Darek. Stanęliśmy przy tym kanale i nie wiem, kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby do niego wejść ??? W każdym bądź razie, podjęłam wyzwanie. Iza i Darek chyba też, ale głowy za to nie dam. Andrzej również wszedł do kanału, ale po paru metrach okazało się, że jest za duży. Za to ja poruszałam się w nim dość sprawnie. Świrek (o dziwo jedyny rozsądny) nawoływał do powrotu, ale ja szłam do przodu. Postanowiłam dojść do najbliższego włazu. Okazało się, że właz znajdował się dość daleko. Po kilkudziesięciu metrach w kanale zaczęło śmierdzieć paliwem. Ale nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa i brnęłam do przodu. W końcu ujrzałam nad głową właz. Wspięłam się do góry i nie mogłam poradzić sobie z podniesieniem dekla. Już miałam wracać, gdy dekiel odskoczył i ukazała się nade mną kudłata głowa Andrzeja. Był bardzo roztrzęsiony, ale pomógł mi wydostać się na powierzchnie. A potem... obrzucił mnie stekiem niewybrednych wyzwisk, z których szczur kanalizacyjny był najłagodniejszym określeniem. Ja mu chyba nawet przyłożyłam za te wyzwiska i strasznie pokłóceni rozeszliśmy się do domów. Oczywiście przezwisko przylgnęło do mnie na czas jakiś, doprowadzając mnie do szaleństwa. Andrzej na drugi dzień przyszedł po mnie i zaproponował na zgodę niesienie teczki. Pod okiem miał ogromnego sińca. Dopiero później zauważyłam, że bardzo łatwo wychodziły mu na ciele siniaki. A ta nasza trudna przyjaźń trwała jeszcze po skończeniu podstawówki. Pewnie jeszcze nie raz pojawi się w moich wspomnieniach. Niestety już tylko we wspomnieniach. Andrzej zmarł w wieku 34 lat, na skutek jakiegoś zatoru. Miał ogromne żylaki i niestety zapuścił się znacznie. Kiedy jakiś skrzep spowodował zator, lekarze nie mogli mu na czas pomóc z powodu tuszy. Pojechaliśmy dość dużą grupą towarzyszyć mu w jego ostatniej drodze. Od tego czasu minęło już dwanaście lat. Jak ten czas szybko leci :(

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz