Wena do mnie przyszła w towarzystwie bezsenności. Muszę więc obie panie jakoś ugościć. Siadam zatem do komputera i piszę :)
Obóz w Poddąbiu z 1984 roku opisałam już wcześniej. Po powrocie z obozu miałam jeszcze przed sobą wiele wakacyjnych dni. Ewelinka, moja malutka siostrzyczka pozostawała w szpitalu, w inkubatorze. To nie były czasy, w których można było odwiedzać szpitalny oddział. Tak więc jeszcze jej nie widziałam. Mama pojechała do Zabrza, do swojego brata, który z racji zatrudnienia w kopalni mógł w specjalnym, górniczym sklepie kupić niezbędne dla niemowlęcia rzeczy. Przyjechała z Zabrza z wózkiem z wikliny. Biało-granatowym i ogromnym. Dodatkowo kupiła parę niemowlęcych komplecików. Wydawało by się, że jesteśmy przygotowane na przyjęcie dziecka do domu.
I przyszedł w końcu ten dzień! Mama poszła do szpitala odebrać Ewelinkę. Był już sierpień, dziecko skończyło dwa miesiące i osiągnęło wagę... 2000 g :) A kiedy wróciła i wniosła do domu "zaszpultane" w ogromne ciuszki niemowlę... ręce mi opadły. Ewelinka była mikroskopijna. Główkę miała wielkości szklanki. Malutkie rączki, cieniutkie jak niteczka paluszki... Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że wyrośnie z niej dorosły człowiek. Poczułam strach. A zaraz potem odpowiedzialność. Mama przeżywała w tym czasie syndrom zerwanego łańcucha, drugą młodość, czy jak to nazwać?
Pewnego dnia wybrałam się na zakupy. W bramie sąsiedniej kamienicy stał chłopak. - I jak było na obozie? Udał się?- przez chwilę byłam zdezorientowana. Ale wkrótce skojarzyłam. To ten chłopak, który przed wyjazdem na obóz podłączał u mnie wiertarkę! A potem wydarzenia potoczyły się szybko. Mieliśmy na Konopnickiej zwyczaj wspólnego spędzania czasu, bez względu na wiek. I tak: to graliśmy w zbijanego, to bawili w chowanego, cegłówki, grzyba... albo rozgrywaliśmy mecze badmintona. Był to czas, kiedy przystąpiono do remontu wschodniej pierzei rynku i duży fragment ulicy otaczał płot budowy. Płot był dość wysoki, ale nie stanowił dla nas przeszkody nie do pokonania :) Grałyśmy z Izą w paletki, kiedy na ulicy znowu pojawił się ten chłopak. Już wiedziałyśmy, że mieszka na naszej ulicy. Ba, jest moim sąsiadem zza ściany. A mimo wszystko nie znaliśmy się. Obserwował naszą grę, kiedy lotka wpadła za płot. Tu muszę nadmienić, że ubrana byłam w króciutką, ledwo zakrywającą tyłek sukienkę. Chłopak chciał zachować się jak dżentelmen i wydobyć nam lotkę. Nie zdążył, bo ja błyskawicznie wskoczyłam na płot i zniknęłam za nim na budowie. Znacznie później dowiedziałam się, że to był ten moment, w którym mój mąż się we mnie zakochał. Inny człowiek, parę lat wcześniej przeskoczył płot i... potem został prezydentem. A ja po swoim skoku... wyszłam za mąż. I pozostaję w tym związku od ponad trzydziestu lat przeżywając zarówno wzloty jak i upadki. Ale na tym chyba polega życie.
Obóz w Poddąbiu z 1984 roku opisałam już wcześniej. Po powrocie z obozu miałam jeszcze przed sobą wiele wakacyjnych dni. Ewelinka, moja malutka siostrzyczka pozostawała w szpitalu, w inkubatorze. To nie były czasy, w których można było odwiedzać szpitalny oddział. Tak więc jeszcze jej nie widziałam. Mama pojechała do Zabrza, do swojego brata, który z racji zatrudnienia w kopalni mógł w specjalnym, górniczym sklepie kupić niezbędne dla niemowlęcia rzeczy. Przyjechała z Zabrza z wózkiem z wikliny. Biało-granatowym i ogromnym. Dodatkowo kupiła parę niemowlęcych komplecików. Wydawało by się, że jesteśmy przygotowane na przyjęcie dziecka do domu.
I przyszedł w końcu ten dzień! Mama poszła do szpitala odebrać Ewelinkę. Był już sierpień, dziecko skończyło dwa miesiące i osiągnęło wagę... 2000 g :) A kiedy wróciła i wniosła do domu "zaszpultane" w ogromne ciuszki niemowlę... ręce mi opadły. Ewelinka była mikroskopijna. Główkę miała wielkości szklanki. Malutkie rączki, cieniutkie jak niteczka paluszki... Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że wyrośnie z niej dorosły człowiek. Poczułam strach. A zaraz potem odpowiedzialność. Mama przeżywała w tym czasie syndrom zerwanego łańcucha, drugą młodość, czy jak to nazwać?
Pewnego dnia wybrałam się na zakupy. W bramie sąsiedniej kamienicy stał chłopak. - I jak było na obozie? Udał się?- przez chwilę byłam zdezorientowana. Ale wkrótce skojarzyłam. To ten chłopak, który przed wyjazdem na obóz podłączał u mnie wiertarkę! A potem wydarzenia potoczyły się szybko. Mieliśmy na Konopnickiej zwyczaj wspólnego spędzania czasu, bez względu na wiek. I tak: to graliśmy w zbijanego, to bawili w chowanego, cegłówki, grzyba... albo rozgrywaliśmy mecze badmintona. Był to czas, kiedy przystąpiono do remontu wschodniej pierzei rynku i duży fragment ulicy otaczał płot budowy. Płot był dość wysoki, ale nie stanowił dla nas przeszkody nie do pokonania :) Grałyśmy z Izą w paletki, kiedy na ulicy znowu pojawił się ten chłopak. Już wiedziałyśmy, że mieszka na naszej ulicy. Ba, jest moim sąsiadem zza ściany. A mimo wszystko nie znaliśmy się. Obserwował naszą grę, kiedy lotka wpadła za płot. Tu muszę nadmienić, że ubrana byłam w króciutką, ledwo zakrywającą tyłek sukienkę. Chłopak chciał zachować się jak dżentelmen i wydobyć nam lotkę. Nie zdążył, bo ja błyskawicznie wskoczyłam na płot i zniknęłam za nim na budowie. Znacznie później dowiedziałam się, że to był ten moment, w którym mój mąż się we mnie zakochał. Inny człowiek, parę lat wcześniej przeskoczył płot i... potem został prezydentem. A ja po swoim skoku... wyszłam za mąż. I pozostaję w tym związku od ponad trzydziestu lat przeżywając zarówno wzloty jak i upadki. Ale na tym chyba polega życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz