Moje wpisy są chyba coraz nudniejsze, bo zdecydowanie mniej osób je czyta. Ale co tam. Kiedyś pisało się pamiętniki i ukrywało głęboko w szufladzie, teraz przyszła moda na swoisty ekshibicjonizm i pisze się ogólnie dostępne blogi :) W każdym przypadku, zarówno pamiętnika jak i bloga, pisanie spełnia funkcję terapeutyczną. I dla piszących i , mam nadzieję, dla czytających.
Przez lipiec zaniedbałam i pisanie i bieganie. A tu nieubłaganie zbliża się "Ząbkowicka Dziesiątka". Czas więc powrócić do treningów. Wczoraj trochę pobiegałam. A kiedy biegam, tak sama, bez towarzystwa... przypominam sobie przeróżne zdarzenia z własnego życia :) Podczas wczorajszego biegu znowu powróciłam myślami do czasu szkoły...
Wiosna w 1985 roku była kapryśna. Zbliżaliśmy się powoli do końca pierwszej klasy technikum. W szkole nie miałam żadnych problemów. Utrzymywałam się w czołówce najlepszych uczniów, działałam w samorządzie, założyliśmy z Piotrem drużynę harcerską i nazwali ją "HELIOS". Równolegle rozwijał się mój burzliwy związek z chłopakiem. Ciągle tym samym. Związek składający się z rozstań i powrotów. Niezbyt zobowiązujący. Co prawda, chłopak ciągle nalegał, żebyśmy wkroczyli na wyższy poziom :) Tylko, że ja nie byłam zainteresowana. Odzywało się właśnie to, o czym pisałam wcześniej. Pięć lat różnicy wieku, inne potrzeby, inne oczekiwania. Nie wiem jak wyglądało w tym czasie życie moich koleżanek, bo pomimo przyjaźni i zaufania, nigdy nie rozmawiałyśmy na intymne tematy. Owszem, od czasu do czasu porozmawiałyśmy o chłopakach, który komu się podoba i dlaczego, ale nigdy nie wgłębiałyśmy się w intymne szczegóły naszego życia. Porozmawiać z mamą??? Ona w tym czasie sama zachowywała się jak niesforna nastolatka. Z babcią? Różnica pokoleniowa, zresztą babcia miała złe małżeńskie doświadczenia i najnormalniej w świecie nie znosiła mężczyzn. Pozostawały mi książki. Romantyczne powieści o nastolatkach. Wtedy zaczytywałam się w Siesickiem, Musierowiczowej, Paukszcie...
I przyszedł w końcu moment, kiedy postanowiłam powiedzieć tak. Zgodzić się na przejście na wyższy poziom związku :) Moja zgoda chyba nawet zaskoczyła mojego chłopaka. Przygotowałam sobie klucze od pustego mieszkania mojej mamy i umówiłam się w parku. Rety, pamiętam nawet szczegóły swojej garderoby! Ubrana byłam w granatowe spodnie zaprasowane na kant, bawełnianą, szarą koszulę, białe!!! trzewiki zapinane na rzepy, czarną, skórzaną kurtkę, długą, poniżej bioder... Był 30 kwietnia, zimno i deszczowo. Umówiłam się w parku. Stałam tam pod parasolem, kiedy przyszedł. A potem objęci poszliśmy do mieszkania. Żadnego romantyzmu, muzyki, świec czy innych tego typu bzdur. Po prostu rozłożyliśmy łóżko i... stał się ten mój pierwszy raz :) Nie potrafię powiedzieć, czy byłam usatysfakcjonowana? Czy dostarczył mi rozkoszy? Na pewno miałam świadomość tego, że już nie ma odwrotu. Nie pamiętam również żadnych deklaracji, rozmów o miłości i tego typu romantycznych bzdur. Drogi powrotnej do domu też nie pamiętam :)
Na drugi dzień uczestniczyliśmy w obchodach pierwszomajowych. Pogoda była paskudna. Trochę słońca, trochę deszczu, trochę śniegu. Było zimno. Staliśmy na zamkowych błoniach i udawali, że słuchamy nudnego, przydługiego przemówienia. Na szczęście nie byłam obciążona żadną szturmówką, bo reprezentowałam szkołę w harcerskim mundurze. łatwo się wywinęłam od wszelkich transparentów mówiąc, że regulamin musztry nie dopuszcza trzymania czegokolwiek w trakcie marszu :) Na zamku zgromadzili się przedstawiciele wszystkich szkół. Wiele osób szukało schronienia w jakimś zaułku. Sama też, pod pretekstem szukania ochrony przed zimnem, przeszłam całe błonia w poszukiwaniu mojego chłopaka. Niestety, nie było go. Myślami byłam w dniu poprzednim. Miałam nadzieję, że on też, że się spotkamy, pójdziemy na spacer... Niestety...
Nie przyszedł, nie zapukał, nie czekał :) Nie widziałam go mniej więcej do połowy maja. Potwierdziła się odwieczna teoria starszych pań o tym, że dostał co chciał i puścił w trąbę :)
A kiedy go znowu zobaczyłam, serce na moment przestało mi bić...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz