Wakacje za pasem. Niektórzy mówią, że jeszcze tylko wpier... i wakacje :) Czerwiec należy do jednych z najprzyjemniejszych miesięcy. Wczoraj poszłam z koleżanką na długi spacer... napawałyśmy się cudownymi zapachami z pól i ogrodów. Przeszłyśmy prawie dziesięć kilometrów. Zawsze lubiłam wędrować i dopóki sił starczy, będę chodziła.
Mogłabym powiedzieć, że koniec roku szkolnego 1986 nadszedł dla mnie stanowczo za szybko. Po rozdaniu świadectw większość z nas zajęła się planowaniem wakacji. A ja? W pewnym momencie poczułam potworną pustkę. Opuściłam pewną grupę, a do nowej jeszcze nie przystąpiłam. A człowiek to stworzenie stadne i potrzebuje przynależności jak wody. Wraz z ostatnim dzwonkiem na ulicy Konopnickiej zrobiło się strasznie cicho. Rysiek pracował w Opolu, najbliżsi mi znajomi wyjechali, pozostały mi jedynie spacery. W tych wieczornych towarzyszyła mi babcia, bo cały czas martwiła się moim zdrowiem. Więc czuwała. Czasami ta jej troska doprowadzała mnie do rozpaczy.
Bardzo szybko chciałam sobie załatwić nową przynależność. Któregoś dnia, jeszcze przed końcem czerwca poszłam do szkoły na Wrocławką, żeby zapisać się na wydział zaoczny. No i tu właśnie dosięgnął mnie cios ostateczny... przemiła pani sekretarka poinformowała mnie, że aby rozpocząć naukę na wydziale zaocznym muszę być pełnoletnia. Poczułam wtedy, jakby wyrwano mi serce...
Dostałam zaproszenie za rok...
Mniej więcej w tym samym czasie mój chłopak załatwił sobie wakacyjną pracę w Czechosłowacji. Niektórzy z czytających nawet nie wiedzą, że kiedyś był taki kraj jak Czechosłowacja, a młodzi ludzie marzyli o wyjeździe do pracy za granicę. Mężczyźni marzyli o pracy na kontraktach u naszych zagranicznych sąsiadów. Praca w kraju innym niż socjalistyczny była raczej nie do osiągnięcia dla zwykłego śmiertelnika. Praca w Czechosłowacji zapewniała możliwość zdobycia, kupienia, ładnych ubranek dla dziecka, które w Polsce roku 1986 były zupełnie niedostępne. Tak więc pojechał pracować na wyprawkę dla dziecka, a ja zostałam zupełnie sama, z poczuciem totalnego wyizolowania. W niektórych momentach bliska depresji. Dodatkowo w ogóle nie rósł mi brzuch i to mnie również martwiło. Może moje dziecko nie rozwija się prawidłowo? Nie rośnie? Doktor Albiński na każdej wizycie zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku, ale mnie nieustannie prześladował niepokój, pogłębiany przez stare dewoty, które za każdym razie pytały niby z troski, gdzie ja mam ten brzuch?
Z Ryśkiem pisaliśmy do siebie płomienne listy. Jedyna możliwość kontaktu. List- natychmiastowa odpowiedź- biegiem na pocztę, aby wysłać- oczekiwanie na następny... I tak przez cały miesiąc.
Mój chłopak zapomniał przed wyjazdem o jednej rzeczy... zapomniał powiedzieć swojej mamie o mojej ciąży. Przez wiele lat zastanawiałyśmy się z teściową, skąd u niego wziął się ten strach? On też nie potrafił nam odpowiedzieć :) W każdym bądź razie nie powiedział. A że byliśmy sąsiadami, widywałam jego mamę każdego dnia. A przecież moja teściowa byłą doświadczoną kobietą i bez problemu dostrzegła mój odmienny stan. Ale nigdy, nawet jednym słowem nie potwierdziła tego, że wie. Któregoś dnia spotkałyśmy się na ulicy i zapytała mnie, czy nie chcę podać listu, bo właśnie jedzie do Czechosłowacji. Załatwiła sobie zaproszenie (już kiedyś pisałam o tym, że żeby pojechać za granicę należało mieć paszport i zaproszenie, bez tego nie można było dowolnie podróżować) i właśnie jedzie. Podałam jej list i od razu pomyślałam o reakcji Ryśka, kiedy ją zobaczy :) Bo on oczywiście o tej podróży nic nie wiedział. Kiedy ją zobaczył, odrobinę wpadł w panikę. Pomyślał, że przyjechała, żeby zrobić mu awanturę? A ona tylko powiedziała: pokaż co tam kupiłeś dla dzidziusia :)
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz