środa, 2 sierpnia 2017

Ponieważ letnie miesiące mojej pierwszej ciąży były nudne, postanowiłam na ten miesiąc odpuścić sobie wspomnienia i zająć się sprawami bieżącymi. Nie stało się to bez przyczyny. Dziś powstrzymałam się od zakupu kolejnej pary butów i jestem z siebie dumna! Tak... uzależnienia przyjmują różnoraką postać. Uzależnić można się w zasadzie od wszystkiego. Sama nie piję alkoholu, nie palę, nie biorę narkotyków, nie chodzę na solarium... a jestem uzależniona. Może tego nie widać na pierwszy rzut oka, a jednak...
Pierwsze uzależnienie nie należy do groźnych. Jestem uzależniona od czytania. Co w tym strasznego? Niby nic. Kocham czytać. Mamy zaledwie trzydziesty tydzień roku a ja przeczytałam już 44 książki o różnej tematyce i sporej objętości. Czytanie sprawia mi ogromną przyjemność, ale problem zaczyna się w momencie, kiedy... nie mam co czytać. Kiedy zapomnę zabrać ze sobą czytaną aktualnie książkę, a siedzę np w poczekalni u dentysty robię się jakaś nerwowa. Często czytam równolegle parę różnych książek. Rzadko kiedy nie mam jakiejś w torebce. A jak nie mam, to na bank kupię :) I ciągle mam wrażenie, że czegoś nie zdążę przeczytać, że powinnam zapoznać się z całą klasyką światowej literatury, że ... Właściwie sama nie wiem. Dopada mnie jakaś nerwowość i pośpiech. Czasami próbuję zrobić sobie odwyk, ale dłużej niż dwa dni nie wytrzymuję :)
Ale to nie wszystko...
Nazywam się Beata i jestem zakupoholiczką!
Gdybym mieszkała za granicą, albo chociaż w dużym mieście, zapewne uczęszczałabym na terapię. W naszej małej społeczności zakupoholizm traktuje się raczej z przymrużeniem oka. A uwierzcie, jest to prawdziwy problem i uzależnienie. Moją zaletą jest to, że zdaję sobie sprawę ze swojego problemu. Znam jego źródło i genezę. Ba, nieustannie z nim walczę, ale czasami niestety polegnę :(
Nie jestem uzależniona od zakupów ogólnie, raczej od kupowania określonych rzeczy. Bielizna, skarpetki, BUTY, torebki. To moje przekleństwo!
Nastolatką stawałam się w latach 80-tych XX w. W czasie, w którym zdobycie (kupienie) czegokolwiek graniczyło z cudem. Brakowało wszystkiego, począwszy od bielizny, skarpet, poprzez buty i inne niezbędne rzeczy. Pewnego dnia, ubierając się do szkoły nie mogłam znaleźć czystej bielizny. Słowem, nie miałam majtek. Jedyne dostępne, leżące na dnie szuflady to były grube bardachy z nogawkami. Problem polegał na tym, że miałam WF i musiałam ćwiczyć w spodenkach. A jak ubrać spodenki gimnastyczne na grube majty? Otóż to! Wykombinowałam jakąś niedyspozycję i spędziłam lekcję na ławeczce, czego zwykle nie robiłam. Nie wiem, czy nie miałam bielizny, bo wyrosłam, a nowej nie można było kupić czy może mama nie zrobiła na czas prania (warunki mieliśmy dość spartańskie, więc mogło nie zdążyć wyschnąć). W każdym bądź razie strasznie to przeżyłam i kiedy czasy odrobinę się zmieniły, kupowanie majtek i skarpet stało się dla mnie priorytetem. A kiedy sama zostałam matką, to już opanowało mnie istne szaleństwo. Koniec lat osiemdziesiątych to czas, w którym kwitł handel wymienny. A kawa ziarnista była jednym ze środków płatniczych. Pracowałam wtedy w sklepie na stoisku monopolowo-cukierniczym. Alkohol można było sprzedawać od trzynastej, a kawa była rarytasem. Tak więc wszyscy okoliczni sprzedawcy dzwonili do nas, do sklepu oferując spod lady atrakcyjny towar w zamian za możliwość kupienia kawy. Pieniędzy było dużo, towarów mało więc... Kupowałam niezliczone ilości skarpet czy rajtuz dla dziecka, chińskich tenisówek, sukienek i dresików (nota bene dresy były ładne do pierwszego prania). Kiedy Amelka szła do przedszkola, miałam w szufladzie 70 par białych rajtuz. A potem czasy się zmieniły, ale przymus kupowania pozostał...
Dziś wybrałam się do sklepu, żeby kupić jakiś wentylator. Upał daje się we znaki, więc wentylator jest jak najbardziej potrzebny. Po drodze wstąpiłam do sklepu z rzeczami używanymi... Wentylatora co prawda tam nie kupiłam, ale ... w oko wpadł mi całkiem nowy strój kąpielowy adidasa. Idealny! Jedyne 25 zł. Cóż było robić, kupiłam. Ale strój jest mi rzeczywiście potrzebny. Z poprzedniego odrobinę wyrosłam. Wychodząc ze sklepu dojrzałam cudowne, skórzane, wysokie trampki converse. Nówki! Jedyne 45 zł i mój rozmiar. Natychmiast w głowie pojawiła mi się odpowiednia do nich stylizacja. Ale na szczęście nie miałam gotówki. Powiedział sobie i paniom, że jak mają być dla mnie to poczekają. Po czym wróciłam do domu po pieniądze. Ale po drodze zaczęłam jednak myśleć. Po co mi kolejna para butów? Ile razy założę je na nogi? Zwłaszcza, że zakładanie nie jest zbyt wygodne, buty wysokie, sznurowane... W końcu doszłam do wniosku, że ich nie potrzebuję. Pochwaliłam się decyzją koleżance i byłam taka z siebie dumna!
Wracając do domu trafiłam do innego sklepu, a tam... okazja, bawełniane bluzeczki na ramiączkach za jedyne 1 zł sztuka... Kupiłam 6 sztuk :( I nie ważne, że to TYLKO 6 zł. I nie ważne, że bluzki z gatunku przydatnych. Bez nich też bym się obyła... A ja kupiłam 6 sztuk. W związku z tym mój sukces związany z nie kupieniem butów stał się połowiczny.
Parę dni temu kupiłam w biedronce sandały (jedyne 19,99), które nie nadawały się jednak do chodzenia. Ale zachowałam paragon i po przemyśleniu zakupu zwróciłam je. Sukces? Za te same pieniądze zaraz kupiłam japonki w 4F :) A dla zobrazowania problemu dodam zdjęcie mojej szuflady ze skarpetami. A to tylko wersja letnia. Wszystkie grube, zimowe trzymam w pojemniku na strychu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz