wtorek, 5 września 2017

Ostatni dzień sierpnia... Jako że jestem jeszcze na urlopie, a na jutro zapowiadają znaczne ochłodzenie, postanowiłam spędzić dzisiejszy dzień na tak zwanym świeżym powietrzu. A dzień był dzisiaj przecudny...
Minął sierpień, minęły wakacje... I chociaż zostało mi jeszcze parę dni urlopu, nie czuję już letniego luzu. A i urlop ułożył mi się zupełnie inaczej niż planowałam. Ale to temat na zupełnie inny wpis. Plusem jest to, że mogę wrócić do wspomnień. Więc wracam...
Jest wrzesień 1986 roku. Czas oczekiwania... oczekiwania na dziecko. Ostatnie tygodnie ciąży i dwoistość szarpiących mną emocji. Z jednej strony leżę, trzymam rękę na brzuchu i nie mogę się doczekać macierzyństwa. Wyobrażam sobie moje dziecko, zastanawiam się co będzie... W 1986 roku lekarz nie robił USG, nie informował o płci dziecka. Wszystko było niespodzianką. A płeć przewidywały różne babki na podstawie wyglądu ciężarnej :) Zresztą z różnym skutkiem. Kiedy kobieta wyglądała gorzej, miała jakieś zmiany skórne itp mówiono, że będzie dziewczynka, bo zabiera matce urodę :) Przewidywano również po kształcie brzucha, ale nie pamiętam czy na chłopca miał być brzuch szpiczasty czy może okrągły. Całą ciążę przygotowywałam się na syna. Tomka :)...
Z drugiej strony niezmiennie martwiłam się moim małym brzuchem. Bałam się, że dziecko będzie za małe. Właściwie nie miałam co ze sobą zrobić. Do niedawna koniec wakacji wiązał się z przygotowaniami do szkoły. Zakup podręczników, zeszytów czy przyborów szkolnych wymagał przedsiębiorczości i kreatywności. Ale ja ich nie potrzebowałam. Kiedy zabrzmiał pierwszy szkolny dzwonek, poczułam się, jakby mi wyrwano serce. Albo jakby wyrwano mnie z korzeniami z mocnego podłoża. Mieszkałam ciągle na Konopnickiej, czyli na ulicy, na której znajdowała się moja ukochana szkoła. Obserwowałam przez okno wędrujących do szkoły kolegów i popadałam w apatię. Straciłam w końcu jedną, ważną dla mnie przynależność, a nie zyskałam w to miejsce żadnej nowej. Czułam pustkę. Chwilami popadałam nawet w depresję. I tak mijały mi wrześniowe dni. Termin porodu miałam wyznaczony na 19 września. Czekałam...
Rysiek w tym czasie pracował. Poznawał nowych ludzi, miał swoje sprawy. Jakoś w czasie naszego związku nie postaraliśmy się o wspólnych znajomych. Dlatego nasze kontakty towarzyskie ograniczały się jedynie do rodziny. Nie da się ukryć, że dla rodzeństwa i ich żon byłam jednak smarkulą.
A i mój wygląd nie dodawał mi powagi. Mając siedemnaście lat wyglądałam na piętnaście :) I opanowała mnie obsesja. Koniecznie chciałam wyglądać poważniej. Zresztą to odcięcie od szkoły spowodowało, że zaczęłam rozdawać wszystko, co z okresem młodości było związane. I tak: oddałam wszystkie klasery ze znaczkami, bo przecież żonie i matce nie wypada zbierać znaczków. Oddałam wszystkie sportowe buty, buty na płaskiej podeszwie i wiele rzeczy, bo uznałam, że nie będzie mi wypadało w nich chodzić. Oczywiście później żałowałam, ale niezbyt długo, bo nigdy się nie przywiązywałam do rzeczy materialnych (ale znaczków i zbiorów kartek to mi jednak szkoda).
Tak... Przygotowywałam się do nowych ról...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz