piątek, 8 września 2017


Uwaga! Będę narzekać! Tak, przy porannej kawce, choć narzekanie nie jest zgodne z moją naturą. Ale czasami nie ma wyjścia  Tylko od czego zacząć???
Dziś jest piątek, dla większości tzw weekendu początek. A przy okazji ostatni dzień roboczy mojego urlopu. W nocy nie mogłam spać, więc pomyślałam, że nadrobię rano. Bo czy naprawdę muszę wstawać skoro świt nawet na urlopie? Więc kiedy zadzwonił budzik z czystym sumieniem go wyłączyłam i ponownie okryłam się kołderką. Jeszcze nie zdążyłam powrócić w objęcia Morfeusza, kiedy zostałam zaatakowana z dwóch stron... No tak, moje psy nie znają pojęcia urlop  Przez krótką chwilę próbowałam wytargować jeszcze parę minut, ale były bezwzględne! Mam komfort posiadania podwórka, więc narzuciłam szlafroczek i wypuściłam bestie  Szybciutko wróciłam pod kołderkę... A tu dopadł mnie kolejny, siwy potwór. Przeżyliście kiedyś uporczywe deptanie kota na swoim ciele? Ponownie wstałam, żeby wyrzucić potwora z pokoju. Wróciłam do łóżka, przykryłam się kołderką... Potwory na podwórku zaczęły ujadać, znak, że chcą już wrócić do domu. Próbuję ignorować, ale nie za długo, żeby sąsiedzi mnie do końca nie znienawidzili. Wstaję, ubieram szlafroczek, wychodzę...
Ot, mój poranek  Ale nie zachowanie moich zwierząt jest powodem narzekania. 
Kto mnie bliżej zna, wie, że mieszkam w baaaaaaardzo małym mieszkanku. Mieszkam tu już prawie trzydzieści lat. Przez ten czas sami radziliśmy sobie z wszelkimi remontami i zarządca (ZGK) nie może narzekać na moją upierdliwość. Aż przyszedł czas na wymianę podłogi. Jakiś geniusz budowlany położył na stare deski (lata 70/80?) płytę pilśniową grubości tyłów od szafy. Kiedy mieszkała tu samotna staruszka, takie rozwiązanie pewnie nie stanowiło problemu. Ale my, jako nowi lokatorzy wprowadziliśmy się z dziećmi, mieliśmy odwiedzających nas znajomych i przyjaciół, dzieci miały swoich przyjaciół i tak po naszej podłodze zaczęły przemieszczać się tysiące stóp. Okazało się, że płyta nie wytrzymała. Poprzecierała się w wielu miejscach, zresztą podłoga wygląda jak klepisko. Pomyślałam więc któregoś razu, że... skoro od pierwszych chwil, w których otrzymaliśmy to mieszkanie, sami robiliśmy wszystko we własnym zakresie (wymiana okien, wstawianie drzwi, bo pierwsze pamiętały lata przedwojenne z ogromnym kluczem, doprowadzenie wody do kuchni (zlew był na korytarzu, bardaszka na podwórku), zrobienie łazienki itd to mogę zwrócić się do ZGK z prośbą o wymianę podłogi? Stosowne pismo napisałam i złożyłam...uwaga...12 grudnia 2016 roku. Cisza...brak reakcji...W czerwcu postanowiłam zapytać, co z moją sprawą. Po interwencji sprawa nabrała biegu... Z tym biegiem okazuje się znacznie przesadziłam, sprawa nabrała truchtu... Zadzwoniłam do ZGK z pytaniem, na kiedy przewidują u mnie remont. Każdy telefon kończył się tym samym: a to nie ma ludzi, pierwszeństwo mają dachy, proszę zrozumieć, sezon urlopowy... Qrwa!!! A kto zrozumie mnie??? Remont na moich 36 m2 wymaga niezwykłych ustaleń logistycznych, sama muszę opuścić mieszkanie z całym moim czworonożnym inwentarzem, wszystkie posiadane przeze mnie przedmioty muszą ulec alokacji, jedyne miejsce to podwórko. Nie mam garażu ani obszernej komórki. Panie w ZGK obiecywały mi początek września. Wzięłam w tym czasie urlop i nigdzie nie wyjeżdżałam, czekałam na telefon, który miały do mnie wykonać. W poniedziałek wracam do pracy. I co? Mam czekać na remont do następnych wakacji? Czy może złożyć stosowną skargę na opieszałość? Siedzę na kartonach, jak w obozie dla uchodźców. Nie mogę pomalować, nie mogę zmienić mebli, nie mogę nic... Czekam, a jesień i deszcze coraz bliżej. Do tego jestem niewyspana i zła. Nawet jeśli dzisiaj zadzwoniłabym z pytanie o termin... to musztarda po obiedzie. Urlopy się pokończyły, a nie stać mnie na bezpłatne  Więc...mam prawo ponarzekać? Dodatkowo w październiku minie rok, jak mój samochód znajduje się na warsztacie, a będę musiała zapłacić kolejne, drogie ubezpieczenie. Rura w kuchni znowu się zapchała, a w łazience przelewa mi się woda w spłuczce. 
Pomimo wszystko postaram się spędzić miło ten dzień  I zrobię sobie jeszcze jedną kawę!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz