wtorek, 24 lipca 2018

Obóz... Przez ponad trzydzieści lat brałam udział w organizowaniu letniego wypoczynku. Potem jechałam na obóz jako kadra i tak łączyłam pracę z wypoczynkiem. Aż tu, po tylu latach spotkała mnie niespodzianka... Już na pierwszym semestrze studiów dowiedziałam się o obozie :) Większość raczej nie podzielała mojego entuzjazmu, ale większość to jednak młodzi ludzie, bez doświadczeń takich jak moje. To co przyszło mi do głowy, to same plusy: nie będę się martwić, żeby posiłki były na czas, woda ciepła, toalety czyste i uczestnicy zaopiekowani. Nie do mnie będzie należała realizacja programu i dostosowanie zajęć do pogody. Nie ja będę odczuwała stres związany z wizytą SaNePid-u, kuratorium czy straży pożarnej :) SAME PLUSY!!! I tak zaczęłam odliczanie czasu do wyjazdu.
Potem pojawiły się komplikacje- termin obozu zbiegł się z terminem ślubu mojej córki. Ustaliłam z kierownikiem obozu, że dotrę na miejsce na własną rękę, z niewielkim opóźnieniem. Z pomocą córki obeznanej z internetową informacją zaplanowałam podróż.
I nadszedł ten dzień...
Plecak spakowałam wcześniej, więc nie miałam stresu związanego z tym, że czegoś zapomniałam. Pierwszy etap podróży też przebiegł spokojnie. Największym wyzwaniem dla mnie była podróż pociągiem... nie jechałam pociągiem jakieś 15 lat :) Okazało się, że aż tak bardzo się nie zmieniło. Bez problemu dojechałam do Leszna...
W Lesznie zaczęły się schody. Upał panował przeogromny, plecak ciążył mi bardzo, ubranie przylepiło do ciała. Udałam się w pełnym słońcu na dworzec autobusowy, żeby znaleźć jakieś połączenie do Olejnicy lub w jej pobliże. Dworzec autobusowy... zamknięty na głucho. Na placu manewrowym autobusów kilkanaście stanowisk i oprócz zmęczonego życiem i upałem pana śpiącego na ławce, nie było żywego ducha. Przeszłam wszystkie stanowiska w poszukiwaniu połączenia. Niestety w niedzielę nic nie jeździło. Przez moment poczułam się bezradna i postanowiłam zadzwonić do koleżanek, z którymi nawiązałam bliższy kontakt od początku studiów. Być może zapytają kogoś z kadry, jak mam dalej jechać? Niestety, nikt nie odebrał. Pomyślałam, że nie mają czasu albo mają wyciszone telefony. Zobaczą nieodebrane połączenie i oddzwonią. Ale czekać w nieskończoność? Trzeba sobie radzić :) Usiadłam na ławce i rozejrzałam się dokoła... w dali dostrzegłam kobietę jadącą na rowerze. Ostatkiem sił podbiegłam do niej ale... pani sprowadziła mnie na ziemię, mówiąc, że szukanie autobusu w niedzielę to utopijny pomysł. Cóż, postanowiłam wrócić na dworzec kolejowy i tam poszukać informacji. Mijały minuty a telefon milczał...
Babcia zawsze powtarzała: koniec języka za przewodnika! Wróciłam więc na dworzec PKP. Tam znalazłam człowieka, który mi pomógł. Dojechałam pociągiem do Błotnicy, a z Błotnicy miałam jeszcze do pokonania 5 km piechotą. Jeszcze w pociągu dostałam wiadomość od Agaty. Pytała, o której dotrę na miejsce i że zapisały mnie z dziewczynami do grupy D7. Na stacji w Błotnicy wysiadły dwie osoby... w tym ja. W "tłumie" stała jeszcze jedna- oczekująca na tę, która wysiadła ze mną z pociągu :) Zapytałam więc, w którą stronę mam się udać, żeby dojść do Olejnicy. Kobiety się zlitowały i podwiozły mnie do połowy drogi, potem wskazały kierunek i udały się we własnym. To, co przed sobą ujrzałam odrobinę mnie przeraziło...prawie trzy kilometry w pełnym słońcu, drogą rowerową! Ale jakoś trzeba dojść. Zarzuciłam plecak na ramiona (dobrze, że nie przyszło mi do głowy spakować się do walizki), założyłam na głowę czapkę i w drogę!
Gdy zobaczyłam w końcu tablicę: Ośrodek AWF 10 m... miałam ochotę paść na kolana i ucałować olejnicką ziemię. Przed tym czynem powstrzymała mnie myśl, że jak padnę na kolana to już na nich zostanę, przygnieciona plecakiem i ostatnie 10 m będę musiała pokonać na tychże kolanach... CDN


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz