Wesele... czym jest w polskiej tradycji wesele? Dla gości pewnie niezłą zabawą, pod warunkiem, że zapewni się dobrą kuchnię i muzykę. Dla Młodych i ich najbliższych... cóż, wesele dostarcza sporo stresu. Począwszy od stworzenia listy gości, a skończywszy na całym przebiegu uroczystości. O swoim weselu pisałam jakiś czas temu. Mój stres, jako panny młodej był zupełnie innego rodzaju niż ten, który towarzyszył mi jako rodzicowi panny młodej :)
Lista gości. Zwykle jest ograniczona możliwościami finansowymi i pojemnością sali weselnej. Z obu stron mamy liczne, patchworkowe rodziny. Kogo zaprosić? Kto się obrazi? Kto wykaże zrozumieniem a kto małostkowością? Lista gości, mam wrażenie, od początku stwarzała największy problem. A kiedy została już utworzona...
Dzieci zamówiły zaproszenia. Potem przyszedł ten straszny dzień, kiedy nagle zmarła babcia Halina. Zaproszenia przyszły parę dni po pogrzebie i... zgadnijcie do kogo było jako pierwsze? Potem nastąpił szereg zdarzeń, w wyniku których zmieniała się lista gości.
Na koniec i tak nie wszyscy przybyli. Nawet do USC. Mieli ważne powody? Według mnie nie ma takiego interesu, ani takich obowiązków, których nie można przeorganizować, aby wziąć udział w dwudziestominutowej ceremonii. Zarówno do dzieci jak i do chorych można zorganizować godzinną w porywach opiekę. Ale to jest moje zdanie. Nie wszyscy myślą tak samo.
Dobrnęliśmy do chwili, kiedy goście po ceremonii dotarli do sali weselnej. Dekorację powierzyliśmy mojej koleżance i była zachwycająca. To był pierwszy element, który nas nie zawiódł :) Potem jeszcze fantastyczne było jedzenie, obsługa i muzyka. Zasiedliśmy za stołami i zjedli obiad. A potem nastąpiła chwila "drętwoty". Moja córka wyglądała na zawiedzioną, bo nikt nie tańczy, nikt się nie bawi... Tylko, że byłą dopiero druga po południu i ludziom należało dać czas na zjedzenie, odsapnięcie z gorąca i wychylenie kielicha :) Nawet na prywatkach nikt nie zaczynał tańczyć przed zapadnięciem zmroku :) Zabawa powoli się rozkręcała, aż stała się taka jak powinna. Ludzie jedli, pili, tańczyli... Było weselnie.
Na chwilę opuściłam towarzystwo weselników i wybrałam się na lokalny cmentarz, bo tam spoczywa mój szkolny przyjaciel Andrzej- Świrek i postanowiłam go odwiedzić. Towarzyszył mi mąż. Jak to zwykle bywa na cmentarzu, wpadliśmy w filozoficzny nastrój. Z jednej strony, patrząc na zdjęcie Andrzeja na nagrobku, pomyślałam, że tego wszystkiego mogłoby nie być, gdyby Andrzej nie wydobył mnie z rzeki wiele lat temu. O tej historii pisałam wcześniej. Była to wyprawa na Bartniki po zakończeniu ósmej klasy. Potem tak mocno zatęskniłam za mamą i teściową. I za babcią...
Wspominaliśmy przygotowania do naszego wesela. Rysiek powiedział, że zupełnie nie pamięta jak to było. Jedyny zakup jakiego dokonaliśmy to był alkohol kupiony w Baltonie. A reszta? Skąd się wzięła? Tak, nasze wesele w całości zorganizowała nam rodzina. Mamy, babcia i ciocia. Nawet nie wiedzieliśmy skąd wzięły pieniądze. Jak im się to udało w czasach, kiedy wszystko było na kartki? A przecież żadna nie byłą majętna. To były ciężko pracujące kobiety. Pamiętam jedynie jak babcia "rozmnażała" nasz alkohol :) Były to czasy prohibicji. Alkohol sprzedawany od godziny 13 tej. W soboty i niedziele niedostępny poza lokalami gastronomicznymi. A były to czasy sobotnich zabaw i dyskotek. Babcia najzwyczajniej sprzedała nasz alkohol po cenach meliniarskich, a za zarobione pieniądze odkupowała podstawową ilość i chowała do szafki. Nadwyżkę kasy odkładała na to nasze wesele.
Nigdy wcześniej nie myśleliśmy o tym, jak dużo naszym mamom i rodzinie zawdzięczamy.
Wróciliśmy na przyjęcie w melancholijnych nastrojach, ale zabawa już trwała na całego, więc dołączyliśmy i melancholia ustąpiła miejsca radości. Czekało nas mnóstwo wzruszeń. Dzieci przygotowały nam specjalne dedykacje i podziękowania. Cóż... łezki płynęły.
A potem znowu nastąpił ciąg małych katastrof. Amelka poszła przebrać sukienkę, po czym Sylwia przybiegła po ciocię Luizę, żeby ratowała sytuację. Co się stało? Pękł zamek na plecach. A ciocia jako mistrzyni krawiectwa mogła jedynie poradzić. I poradziła, chociaż Amelka wpadła w leciutką histerię, że nic jej nie wychodzi i ogólnie wszystko jest nie tak. Ale było super. Po jakimś czasie zapomniała o tym, że jest zszyta na okrętkę i zaczęła się w końcu dobrze bawić na swoim weselu.
Ponieważ dzień poprawin miałam spędzić w podróży na obóz, jak kopciuszek, zaraz po północy ewakuowałam się z przyjęcia. Nie, nie sama, z moim księciem. Wróciliśmy do domu, a w nim... pobojowisko :) Rozrzucone rzeczy, puste opakowania, kwiaty, prezenty i sama nie wiem co jeszcze... Odgruzowaliśmy łóżko i poszli spać. Rano czekała mnie podróż, a mojego męża ciężka próba doprowadzenia mieszkania do porządku. Daliśmy radę! Czy straciliśmy córkę? Nie, zyskaliśmy zięcia! Przed nami jeszcze jedna taka próba... ślub Sylwii. Ale teraz mamy już doświadczenie :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz