Ostatnie dni miałam bardzo pracowite. I pomimo tego, że pewne spotkanie pod supermarketem obudziło we mnie szereg wspomnień, nie miałam czasu na bieżąco ich spisać. Czas nadrobić.
Ostatni dzień kwietnia był w miarę pogodny, postanowiliśmy z sąsiadami rozpocząć sezon podwórkowy. Wyruszyłam więc po pracy w poszukiwaniu węgla do grilla. Pod jednym z marketów spotkałam dawno nie widzianego Kazia Figzała. Obecnie urzędnika samorządowego (choć w innej gminie), lokalnego polityka. Ale dla mnie pozostanie na zawsze nauczycielem fizyki. Zresztą jednym z ulubionych nauczycieli. Przywitał mnie słowami: Beata, ty jesteś moim największym życiowym rozczarowaniem! Całkiem nieźle, jak na spotkanie po bardzo długim czasie :) Oczywiście zapytałam czym tak mocno rozczarowałam. - Ty powinnaś ukończyć politechnikę, siedzieć nad deską, tworzyć. Z twoją wiedzą... itp, itd. W żaden sposób nie mogłam go przekonać w krótkiej rozmowie, że mimo wszystko czuję się szczęśliwa i spełniona. Sam też, będąc świetnym nauczycielem, postanowił realizować się w zupełnie innej dziedzinie. A ja jestem jednak humanistką, z umiejętnością precyzyjnego, matematycznego myślenia i trochę większą niż przeciętna wiedzą z przedmiotów ścisłych :) Kazimierz jednak wie swoje.
Tak było przez całą moją edukację w technikum (w sumie zaledwie dwa lata). Każdy, no może prawie każdy, z nauczycieli dostrzegał we mnie zdolności związane z własnym przedmiotem. A jak to było z fizyką? Zabawnie.
Pierwsza lekcja fizyki. Wchodzimy do klasy (parter budynku przy Konopnickiej). Za biurkiem siedzi młody facet z blond czupryną na głowie i przygląda nam się z uwagą. Zaczyna się proces obwąchiwania. I tak, po chwili dowiaduję się, że kobiety w ogóle nie powinny brać się za fizykę czy inne nauki ścisłe. Paskudny szowinista :) No to ja ci pokażę! Właściwie nie pamiętam czyim pomysłem był szybki konkurs wiedzy fizycznej. Pod tablicą stanęli przedstawiciele wszystkich ząbkowickich podstawówek oraz okolicznych szkół, w tym ja, dumna reprezentantka ukochanej szkoły nr 1. Zaczęło się trywialnie, od przepytywania z regułek i definicji. Potem jakieś zadanka... aż w końcu pod tablicą zostałam tylko ja i kolega reprezentujący trójkę. Zaczęły padać pytania z wyższej półki. I w końcu zostałam sama pod tablicą. W oczach fizyka zapaliły się iskierki. Pewnie pomyślał "teraz ci pokażę!". - Twój kolega wchodzi na to biurko i z niego spada... policz... jak głęboko wgniecie podłoże? W oczach profesorka zobaczyłam triumf. Ale nie zamierzałam poddać się tak łatwo. Nie miałam pojęcia jak rozwiązać to zadanie, ale zaraz przypomniałam sobie słowa pana Rajczakowskiego: najpierw dane i szukane! Ok. Co wiemy? Zaczęłam zapisywać na tablicy znane mi wielkości a potem... pomyślałam, że uzyskam jakąś podpowiedź. Ale kiedy zapytałam o współczynnik twardości podłoża,.. Kazimierz mi odpuścił :) I tak nawiązała się miedzy nami silna nić porozumienia.
Ulubionym zbiorem zadań fizyka był "Zbiór zadań z fizyki" Waldemara Zillingera. Każda lekcja kończyła się zdaniem: na zadanie domowe... Zillinger, od zadania... do zadania... W klasie rozlegał się wtedy jęk rozpaczy. Dla mnie zadania z Zillingera były zbyt schematyczne. Już pan Rajczakowski polecił mi "Zbiór zadań z fizyki" Kruczka. Zdarzało się, że rozwiązywałam zadania dla rozrywki. Takie dziwne hobby. Tak więc Zillinger nie stanowił dla mnie problemu. Robiłam te zadania na przysłowiowym kolanie. A potem oczywiście dawałam spisywać. Kiedy zostałam na tym złapana, Kaziu nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Powiedział tylko: jak już dajesz spisywać, to przy okazji wytłumacz o co chodzi. Bardzo lubiłam lekcje fizyki. I chociaż nie mam teraz czasu na hobbystyczne rozwiązywanie zadań, to jednak podstawową wiedzę posiadam do dziś. Czasami nawet udzielam korepetycji gimnazjalistom. Zarówno z fizyki, chemii jak i z matematyki. I ponoć umiem nauczyć :)
Kiedy na Radzie Pedagogicznej stanęła sprawa mojej ciąży, Kazimierz Figzał był jednym z tych nauczycieli, którzy mocno naciskali na moje pozostanie w szkole. Ale cóż, stało się inaczej. Pewnie kiedyś o tym napiszę. Do jednego mogę się przyznać... bardzo żałuję mojej decyzji o przeniesieniu się na zaoczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz