Co oznacza chore dziecko? To, że
należy uruchomić pogotowie babcine. Tak,
więc babcia rusza do pomocy, zaniedbując nawet swoje zajęcia i zobowiązania.
Pogoda zdecydowanie depresyjna
nie pomaga ani zabawie, ani kontynuacji letnich wspomnień. A tak bardzo
chciałam do końca listopada uporać się z latem 1985 roku. A było to dla mnie
bardzo ważne lato, ostatnie lato nastolatki J
Każde następne to już lato odpowiedzialnego nie tylko za siebie, młodego
człowieka. Nowe zadania i nowe priorytety.
Powrócę jeszcze do Wojnowa z 1985
roku.
Muszę tu wspomnieć o pracy mojej
mamy. Otóż pracowała wówczas w słynnej, w pewnych kręgach, mordowni, zwanej barem „Pod bykiem”. Obok
tegoż lokalu rozbijał się rok rocznie cyrk. Wszyscy artyści spędzali wolne
chwile w tymże lokalu. Co to ma za znaczenie? Istotne J. Jako córka barmanki dostawałam od artystów
sporo darmowych biletów na przedstawienia. I tym sposobem z całą Konopnicką
szliśmy do cyrku. Sama nie znosiłam tego rodzaju rozrywki (zresztą zostało mi
to do dzisiaj) ale nie wypadało nie skorzystać. Siedząc na widowni i
przyglądając się akrobatkom zastanawiałam się, jak one sobie radzą w tych
trudnych dla kobiet dniach. Mają takie skąpe stroje, a środki higieniczne
dostępne w tamtych czasach raczej nie pozwalały na tego typu aktywność. Która z
pań pamięta tę skrzypiącą w majtkach watę? Uciekającą na plecy przy prawie
każdym ruchu? Nawet nie ćwiczyło się wtedy na wf-ie, bo mogło się skończyć
kompromitacją J.
A tu takie sztuki te panie wyprawiają, i do tego w tak skąpych kostiumach? Oczywiście zapytałam je o to przy pierwszej
nadarzającej się okazji. I wtedy pokazały mi tampony. Dla współczesnych kobiet
nie jest to nic nowego. Ale w 1985 roku większość mieszkanek naszego kraju nie
miało pojęcia o tamponach. Zwłaszcza, że po tę skrzypiącą watę również trzeba
było odstać swoje w kolejkach. Zostałam szczęśliwą posiadaczką paru tamponów,
podarowanych mi przez cyrkowe artystki. Oczywiście zabrałam je na obóz. Pewnie
z tego powodu, że nie miałam odwagi ich użyć J.
Któregoś pięknego, upalnego dnia
jedna z koleżanek wyraziła żal, że nie może skorzystać z kąpieli, bo przyszły
właśnie te dni. Wtedy zaprezentowałam ten malutki, higieniczny wynalazek.
Oglądałyśmy z wielkim zainteresowaniem instrukcję obsługi umieszczoną na
opakowaniu. W końcu chyba któraś z dziewczyn zdecydowała się na użycie. I tak
poznałyśmy zalety tamponów, zwłaszcza podczas lata. Tylko, że szybko się
skończyły. Wtedy postanowiłyśmy poszukać tego cuda w aptekach. Kombinowałyśmy
słusznie, że może przyszły do jakiejś malutkiej apteki w Sulechowie i nikt nie
wie, do czego służą. Tylko, że dojazd do Sulechowa nie był sprawą prostą. Aż tu
pewnego dnia trafiła się okazja, tyle, że naszemu koledze Radkowi. Radek nie należał do osób wstydliwych
(większość mężczyzn wstydziło się kupować kobiece środki higieniczne) i zgodził
się popytać w aptekach. Czekałyśmy z niecierpliwością na jego powrót. I wrócił…
z całym workiem skrzypiącej waty J.
- Dziewczyny, nie było tych
jakichś tamponów, ale dowieźli watę, więc wam kupiłem!!!
I tak dostałyśmy prawie roczny
zapas waty, a tampony… pozostały w sferze malutkich marzeń, które mogłyśmy
zrealizować dopiero w latach dziewięćdziesiątych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz