czwartek, 17 listopada 2016

Co oznacza chore dziecko? To, że należy uruchomić pogotowie babcine.  Tak, więc babcia rusza do pomocy, zaniedbując nawet swoje zajęcia i zobowiązania.
Pogoda zdecydowanie depresyjna nie pomaga ani zabawie, ani kontynuacji letnich wspomnień. A tak bardzo chciałam do końca listopada uporać się z latem 1985 roku. A było to dla mnie bardzo ważne lato, ostatnie lato nastolatki J Każde następne to już lato odpowiedzialnego nie tylko za siebie, młodego człowieka. Nowe zadania i nowe priorytety.
Powrócę jeszcze do Wojnowa z 1985 roku.
Muszę tu wspomnieć o pracy mojej mamy. Otóż pracowała wówczas w słynnej, w pewnych kręgach,  mordowni, zwanej barem „Pod bykiem”. Obok tegoż lokalu rozbijał się rok rocznie cyrk. Wszyscy artyści spędzali wolne chwile w tymże lokalu. Co to ma za znaczenie? Istotne J.  Jako córka barmanki dostawałam od artystów sporo darmowych biletów na przedstawienia. I tym sposobem z całą Konopnicką szliśmy do cyrku. Sama nie znosiłam tego rodzaju rozrywki (zresztą zostało mi to do dzisiaj) ale nie wypadało nie skorzystać. Siedząc na widowni i przyglądając się akrobatkom zastanawiałam się, jak one sobie radzą w tych trudnych dla kobiet dniach. Mają takie skąpe stroje, a środki higieniczne dostępne w tamtych czasach raczej nie pozwalały na tego typu aktywność. Która z pań pamięta tę skrzypiącą w majtkach watę? Uciekającą na plecy przy prawie każdym ruchu? Nawet nie ćwiczyło się wtedy na wf-ie, bo mogło się skończyć kompromitacją J. A tu takie sztuki te panie wyprawiają, i do tego w tak skąpych kostiumach?  Oczywiście zapytałam je o to przy pierwszej nadarzającej się okazji. I wtedy pokazały mi tampony. Dla współczesnych kobiet nie jest to nic nowego. Ale w 1985 roku większość mieszkanek naszego kraju nie miało pojęcia o tamponach. Zwłaszcza, że po tę skrzypiącą watę również trzeba było odstać swoje w kolejkach. Zostałam szczęśliwą posiadaczką paru tamponów, podarowanych mi przez cyrkowe artystki. Oczywiście zabrałam je na obóz. Pewnie z tego powodu, że nie miałam odwagi ich użyć J.
Któregoś pięknego, upalnego dnia jedna z koleżanek wyraziła żal, że nie może skorzystać z kąpieli, bo przyszły właśnie te dni. Wtedy zaprezentowałam ten malutki, higieniczny wynalazek. Oglądałyśmy z wielkim zainteresowaniem instrukcję obsługi umieszczoną na opakowaniu. W końcu chyba któraś z dziewczyn zdecydowała się na użycie. I tak poznałyśmy zalety tamponów, zwłaszcza podczas lata. Tylko, że szybko się skończyły. Wtedy postanowiłyśmy poszukać tego cuda w aptekach. Kombinowałyśmy słusznie, że może przyszły do jakiejś malutkiej apteki w Sulechowie i nikt nie wie, do czego służą. Tylko, że dojazd do Sulechowa nie był sprawą prostą. Aż tu pewnego dnia trafiła się okazja, tyle, że naszemu koledze Radkowi.  Radek nie należał do osób wstydliwych (większość mężczyzn wstydziło się kupować kobiece środki higieniczne) i zgodził się popytać w aptekach. Czekałyśmy z niecierpliwością na jego powrót. I wrócił… z całym workiem skrzypiącej waty J.
- Dziewczyny, nie było tych jakichś tamponów, ale dowieźli watę, więc wam kupiłem!!!
I tak dostałyśmy prawie roczny zapas waty, a tampony… pozostały w sferze malutkich marzeń, które mogłyśmy zrealizować dopiero w latach dziewięćdziesiątych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz