Przyszedł właśnie ten okres, kiedy los sprawdza moją wytrzymałość :) Nie dość, że za oknem plucha, trzeba palić w piecu, to jeszcze skończył się sezon turystyczny i znowu jestem bez pracy. Sam początek bezrobocia jest mi na rękę, bo mogę nadrobić trochę domowych zaległości, ale przestaje być miło w chwili, kiedy przychodzą rachunki :) Ale cóż, trzeba sobie jakoś radzić.
Może wykorzystać ten czas na kontynuację wspomnień? O ile dobrze pamiętam, a nie chce mi się wracać do poprzednich wpisów, skończyłam w połowie wakacji 1985 roku. W momencie, w którym wróciłam ze Szczawnicy i przygotowywałam się do wyjazdu na obóz do Wojnowa.
Mój pierwszy obóz w Wojnowie był w całości niezwykły. Gościliśmy niemieckich skautów z NRD. Dla młodszych czytelników wyjaśniam :) NRD, Niemiecka Republika Demokratyczna to ta socjalistyczna część Niemiec. Ich mundurki składały się z białych koszul, czerwonych chust i niebieskich, filcowych furażerek. Była to młodzież 12-16 letnia. Natomiast z naszej strony przyjechali głównie harcerze starsi, tacy, którzy przez cały rok aktywnie pracowali w drużynach. W większości mieliśmy 16-18 lat, z małymi odstępstwami w obie strony. Dziwnym trafem mieliśmy w swoim gronie trójkę małolatów, Edytę, Kazia i Andrzejka, ale mieli oni dobrą opiekę pod naszymi skrzydłami.
Wojnowo w tamtym czasie może i było dzikie, ale tętniące życiem. Jedyny sklep znajdował się tuż pod lasem. Za sklepem była chyba jakaś sala, bo wydaje mi się, że wymykaliśmy się tam na dyskoteki. Do czasu, aż miejscowe chłopaki postanowili pokazać nam swoją władzę. Którejś nocy przyszli pod obóz z kijami i rozpoczęli zadymę. Stanęliśmy oczywiście do walki jak lwy, wykorzystując jako broń wszystko, co wpadło nam do ręki. W którymś momencie zaczęliśmy tracić przewagę i wtedy ktoś wpadł na pomysł wykorzystania gaśnicy. Ta broń zdecydowała o naszej wygranej, ale to, co ukazało się naszym oczom o poranku... masakra! Cała kuchnia, namiot stołówki, kuchnia polowa... wszystko pokryte białym proszkiem. Zima w środku lata. A na środku nasz komendant Leszek Abgarowicz (człowiek-siła spokoju) który omiótłszy teren wzrokiem powiedział coś w tym rodzaju (dosłownie nie potrafię przytoczyć): Widzę, że harcerze w wielkim poświęceniem bronili obozu.Mam nadzieję, że z równym poświęceniem doprowadzą obóz do porządku. No i przywróciliśmy. Najtrudniej było doczyścić kuchnię polową :)
Któregoś dnia parę osób wypłynęło kajakami do wioski, po drugiej stronie jeziora. Zdaje się, że nazywała się Stare Kramsko. A tam, w sklepie, odkryto piwo o wyjątkowo przystępnej cenie. Utworzyliśmy regularny kanał dystrybucji. Wyglądało to mniej więcej tak: do wspólnej sakiewki zbierało się pieniądze. Składali się prawie wszyscy (z wyjątkiem naszych małolatów) i za zebrane środki dyżurni kajakarze płynęli po piwo. Potem spotykaliśmy się w namiocie drużynowego, siadali w koło, za pomocą pasa otwieraliśmy piwo i piliśmy je. Trwało to dość długo, nawet parę dni. Kiedy zapasy się kończyły, do worka po namiocie pakowaliśmy butelki i znowu dyżurni płynęli kajakiem do Starego Kramska. Wszystko to trwało dotąd, aż kaucja za butelki przestawała starczać na pełne piwo. Potem, znowu składka itd. Aż do momentu, kiedy zaczynało nam brakować pieniędzy. Trudno się dziwić. W Wojnowie wówczas nie było na co wydawać pieniędzy, a jedzenia nigdy nam nie brakowało :)
Warunki sanitarne na obozie były wówczas kiepskie. Ale też i inne były wymogi. Dwie bardaszki na wszystkich i jedna malutka umywalnia. Bez umywalek, tylko z miskami. Był również namiot sanitarny, przy którym wodę grzało się w parniku. Ale raz w tygodniu (obóz trwał wtedy trzy tygodnie) mieliśmy okazję skorzystania z pryszniców w pobliskim ośrodku wypoczynkowym. Na kolonistów z tego ośrodka mówiliśmy "kurczaki", bo był to ośrodek wypoczynkowy jakichś zakładów drobiarskich.
Szliśmy się kąpać w dwóch grupach, najpierw dziewczyny, później chłopcy. W 1985 roku jeszcze nie wszyscy mieli natryski w swoich domach, więc taka kąpiel nie była czymś zwykłym. Pod prysznice poszłyśmy z grupą Niemek. I tam po raz pierwszy ujawniły się różnice w mentalności naszych narodów :) Pomiędzy boksami pryszniców nie było zasłonek. Tak, że kąpiąca się osoba była widoczna w całej okazałości. Dlatego czułyśmy się skrępowane i wchodziły pod natrysk w strojach kąpielowych. Tego problemu nie miały nasze niemieckie koleżanki, były totalnie bezpruderyjne. Bez skrępowania rozbierały się do naga i szły pod prysznic. Jedna z opiekunek, Zuza, zapytała mnie dlaczego kąpiemy się w strojach. Próbowałam coś tam jej tłumaczyć o wstydzie, skrępowaniu... A ona na to: mycie i podmywanie się w majtkach, to tak jak mycie włosów w czepku kąpielowym :)
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz