piątek, 11 listopada 2016

Obóz w Wojnowie w 1985 roku ciąg dalszy...
Nie przypominam sobie, żeby obowiązywał nas na obozie jakiś plan pracy. Ale zajęć nam nie brakowało. Głupich pomysłów również nie :) Któregoś wieczoru, korzystając z czystych wód jeziora, postanowiliśmy pójść na raki. Gdzieś tam ktoś przeczytał, że raki są smaczne. Tak więc zaopatrzeni w wiaderka i latarki poszliśmy łowić. Nawet udało nam się złowić parę sztuk. Należało je jakoś przyrządzić. Tylko, że nikt nie miał pojęcia jak. Na pewno należało je ugotować... i tak, zupełnie nieświadomie zgotowaliśmy tym biednym rakom piekło. Nalaliśmy do gara wody, postawili na gazie i do tej zimnej wody wrzuciliśmy raki :( Nikt nam nie powiedział, że raki wrzuca się do wrzątku. Możecie sobie wyobrazić, jakim mękom poddaliśmy te biedne skorupiaki. One piszczały i próbowały wydostać się z gara, a my przykryliśmy pokrywką i usiedli na niej, żeby nie wyszły. Po dokonaniu tej makabrycznej zbrodni, nikt w zasadzie nie miał już ochoty na konsumpcję. Trochę poskubaliśmy, a resztę postanowiliśmy zachować w całości. Nawet jednego przywiozłam do domu. Po jakimś czasie zaczął masakrycznie śmierdzieć. Była to zapewne zemsta tego biednego stworzenia. 
Takie nocne wyprawy nad jezioro były u nas standardem. Nie, żeby się kąpać, siedzieliśmy na pomoście i snuli opowieści. Pary przytulały się do siebie i ogólnie było miło. Którejś nocy siedząc na pomoście usłyszeliśmy plusk wody. Jak jeden mąż skierowaliśmy wszystkie latarki na brzeg. A tam... nocnej kąpieli chciała zażyć Zuza. Stała na brzegu jak ją bozia stworzyła, zupełnie nagusieńka i krzyczała nein, nein! Przed światłem zasłaniała jedynie oczy, całość wdzięków pozostawiając naszym oczom :) Była wręcz anorektycznie chuda. Same kości obleczone skórą. A my zaniemówiliśmy kontemplując ten niecodzienny dla nas widok. W końcu ktoś rzucił hasło, żeby zgasić latarki i pozwolić Zuzie na spokojną kąpiel. Zuza w ogóle była mocno wyzwolona. Kiedy podczas tradycyjnych ślubów obozowych została zaślubiona Polakowi, natychmiast postanowiła spełnić małżeński obowiązek :) I tak spełniała przez szereg nocy, aż nasz kolega uznał, że więcej nie da rady i poprosił, żeby któraś z nas udawała jego dziewczynę. Najlepiej zazdrosną dziewczynę. Co było robić, uratowania chłopaka podjęła się Ania. A Zuza? Długo samotną nie została. Ze swoją swobodą seksualna wcale się nie kryła. W zasadzie na każdym kroku wychodziły różnice w mentalności naszej i naszych niemieckich obozowiczów. Nie chcę przez to powiedzieć, że my byliśmy tacy święci. Nie, i u nas zdarzały się jakieś tam przytulanki- macanki. Ale żeby aż tak? Nawet jeżeli były wśród nas pary, które posunęły się w relacjach trochę dalej, nigdy nie było to takie publiczne :) A z tego obozu wróciły w zasadzie przynajmniej dwa małżeństwa, szczęśliwie trwające do dziś. 
Obóz obfitował w taką ilość wydarzeń, że chyba do grudnia nie uda mi się ich opisać :) 
CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz