Mogę spokojnie wrócić do swoich wspomnień. Wyborcze szaleństwo mamy już za sobą. Na razie powstrzymam się od rozważań, bo każdemu należy dać szansę. A czas pokaże, czy wybór większości narodu był słuszny.
Początek stanu wojennego obfitował w różnorakie wydarzenia. I to takie, które nie miały nic wspólnego z polityką. Jak już wcześniej pisałam, polityka nas nie interesowała. Znaleźliśmy się w trudnej sytuacji i należało znaleźć sposób, aby nadal względnie wygodnie żyć. Podział i ewentualna zamiana kartkowych produktów obudził w narodzie ducha przedsiębiorczości. Pamiętam, jak w kioskach Ruchu sprzedawano w wielkich workach odpadki z linii produkcyjnej papierosów. Ludzie kupowali ten śmietnik i przerabiali na papierosy. Przymusowe ograniczenie spożycia mięsa spowodowało wybuch kreatywności polskich gospodyń domowych. W zasadzie niby niczego nie było, a w domach ludzie gromadzili olbrzymie zapasy. Bo jeżeli nie wykupiło się przysługujących kartkowych zapasów to przepadały. W ten własnie sposób zgromadziliśmy w domu pokaźną ilość cukru. Aby ubarwić szarą, ówczesną egzystencję, paru sąsiadów postanowiło wykorzystać zapasy cukru do produkcji bimbru. Co prawda przydział kartkowy obejmował również alkohol, ale ilość tego eliksiru była niewystarczająca. Jak postanowili, tak zrobili. W każdym większym garze nastawili zacier i z niecierpliwością czekali na moment, kiedy z tej mikstury będzie można zrobić właściwy, wyczekiwany produkt. W końcu chwila ta nastała :) Po degustacji na gorąco i na zimno, pozostały alkohol porozlewano do butelek. Nikt się nie bawił w ukrywanie. Wręcz przeciwnie, każdy odwiedzający dom gość był częstowany owym bimbrem. Należy również pamiętać, że bimber był doskonałym środkiem płatniczym.
W kraju zaczęło brakować wszystkiego. Zarówno produktów spożywczych jak i zwykłych szklanek czy innych podstawowych przedmiotów użytkowych. O wszystko należało się starać, wykorzystując znajomości. Bimber był doskonałą łapówką. A ponieważ moi rodzice nadal byli prywaciarzami, musieli mocno się nagimnastykować, żeby zaopatrzyć w towary swój sklep. Tak więc ojczym zapakował do samochodu wodę rozmowną własnej produkcji, zaopatrzył się dodatkowo w gotówkę i wyruszył w drogę do producentów dóbr wszelkich, po towar. Zima była sroga. Nie wiem, czy wówczas zmieniało się opony na zimowe. Zresztą to nie istotne. Tak się nieszczęśliwie zdarzyło, że wracając do domu wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Była już godzina milicyjna i żaden obywatel bez stosownej przepustki nie powinien przebywać poza własnym domem. A ojczym nie dość, że przebywał, to jeszcze rozwalił się na drzewie. Pewnie w przypływie paniki opuścił pojazd i udał się pieszo do domu. Zapomniał jedynie o tym, że w samochodzie zostawił butelkę bimbru. Rozbitym, porzuconym samochodem zainteresował się patrol milicji. Bez trudu ustalili adres właściciela. A kiedy znaleźli w samochodzie bimber... los bojownika o weselsze życie w stanie wojennym został przesądzony. Panowie zjawili się w domu nocą i powlekli ojczyma do aresztu. Nie wiem jakie były jego dalsze losy. Pamiętam jedynie, że następnego dnia funkcjonariusze milicji zjawili się w naszym domu i rozpoczęli przeszukanie. Moja mama, z małym dzieckiem na ręku, jak ta lwica zaczęła bronić męża obarczając się winą za pędzenie bimbru. Przeraziłam się jej deklaracją nie na żarty. Oczyma wyobraźni zobaczyłam jak wtrącają ją do lochów w celu odbycia kary, a ja z bratem, trafiamy do jakiegoś ponurego sierocińca. Pomimo młodego wieku wiedziałam, że nie ma zbrodni, jeżeli nie ma dowodów. Problem polegał na tym, że owe dowody spokojnie stały w lodówce. Cała scena odbywała się w kuchni naszej sąsiadki. Nie namyślając się zbyt długo, wymknęłam się do naszego mieszkania i wyniosłam wszystkie butelki z bimbrem na strych. Tam je ukryłam. Schodząc na dół, zabrałam ze sobą suche pieluchy i z naręczem prania schodziłam do mieszkania. W tym czasie milicjanci przystąpili do przeszukania mieszkania. Szukali wszędzie: w szafach, w piecu, w moich książkach. Ja, ze stoickim spokojem przystąpiłam do składania pieluch, obserwując moją mamę, która z każdą chwilą robiła coraz większe oczy. Milicjantom nie przyszło do głowy przeszukanie strychu. Tym sposobem uratowałam mamę od kazamatów, a siebie i brata od sierocińca :) Ojczym po paru dniach wrócił do domu i nie wiem, czy ta historia miała jakiś ciąg dalszy. Teraz wspominamy ją z mamą ze śmiechem, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Mojej mamie zapewne też nie.
zdjęcie pochodzi ze strony www.dobreprogramy.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz