W majowe, słoneczne dni trudno jest wspominać ponure czasy początku stanu wojennego. I pewnie zabierałabym się do pisania jak pies do jeża. Sięgnęłam jednak po publikacje na temat historii Ząbkowic Śląskich i w jednej z nich, książce Jerzego Organiściaka, Bartosza Grygorcewicza i Marcina Dziedzica pt. "Ząbkowice Ślaskie, Ludzie, Daty, Fakty" natknęłam się na nazwisko pana Mariana Morawskiego. I w ten sposób wydarzenia z zimy 1981/1982 jak żywe, stanęły mi przed oczami. Samego pana Mariana miałam okazję poznać zdecydowanie później, ale była to postać nieodłącznie związana ze stanem wojennym. Jest mi niezmiernie przykro, że w chwili obecnej jest zupełnie nieznany młodym mieszkańcom Ząbkowic. Dlatego, zanim powrócę do swoich wspomnień, pozwolę sobie na umieszczenie linku do strony, gdzie można uzyskać trochę informacji o Marianie Morawskim: http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=Marian_Morawski
Jak już wcześniej wspominałam, obudziłam się pewnej niedzieli i włączyłam telewizor. Przez moment pomyślałam, że odbiornik się zepsuł. Na wszelki wypadek wyłączyłam, żeby nie było na mnie :) Po chwili obudzili się rodzice. Ponowili próbę włączenia telewizora, ale bezskutecznie. Ojczym próbował nawet coś tam regulować. Tak naprawdę nie pamiętam, jak i od kogo dowiedzieliśmy się o wprowadzeniu stanu wojennego.
W końcu w telewizorze pojawił się ten pan i powiedział :
Nic z tego nie zrozumiałam. Wyobraziłam sobie, że wróg stoi u granic i wszyscy powinniśmy chwycić za broń. Dziennik Telewizyjny prowadzili spikerzy w wojskowych mundurach, więc i ja rozważałam chodzenie do szkoły w mundurku harcerskim. Wprowadzono godzinę milicyjną, dla dzieci i młodzieży już od godziny dziewiętnastej. A może tylko tak mi się wydaje? W każdym bądź razie chodziłam do szkoły na dwie zmiany. Popołudniową zmianę kończyłam po godzinie osiemnastej. Do domu docierałam po dziewiętnastej. Dostała więc przepustkę, która uprawniała mnie do późniejszego powrotu. Zima była mroźna i śnieżna. W pamięci utkwiły mi różne wojskowe pojazdy poustawiane w całym mieście i żołnierze grzejący się przy koksownikach. Widok był tym bardziej dziwny, że w Myszkowie nie stacjonowała żadna jednostka. Rozpoczął się czas przeróżnych zakazów i nakazów. Czas kartek na mięso, cukierki, papierosy, alkohol. Po pewnym czasie lista produktów reglamentowanych zaczęła się wydłużać o masło, mydło, proszek i sama już nie wiem co jeszcze. Nie pamiętam pierwszych świąt w stanie wojennym, ani Sylwestra 1981/1982. Jedyny produkt, który kojarzy mi się z tym czasem to zielone, kubańskie pomarańcze. Jedyny, dostępny w owym czasie rarytas. Do dziś pamiętam, że były słodkie, soczyste i okropnie łykowate. Tak naprawdę wysysało się z cząstek jedynie sok. Czy ktoś może spotkał się z kubańskimi pomarańczami po stanie wojennym? Bo ja nie :) Za to na początku 1982 roku zdarzyła się pewna historia, która wówczas była dla mnie traumatyczna, ale teraz wydaje się śmieszna. Ale tę historię opowiem w następnym wpisie :)
W końcu w telewizorze pojawił się ten pan i powiedział :
Nic z tego nie zrozumiałam. Wyobraziłam sobie, że wróg stoi u granic i wszyscy powinniśmy chwycić za broń. Dziennik Telewizyjny prowadzili spikerzy w wojskowych mundurach, więc i ja rozważałam chodzenie do szkoły w mundurku harcerskim. Wprowadzono godzinę milicyjną, dla dzieci i młodzieży już od godziny dziewiętnastej. A może tylko tak mi się wydaje? W każdym bądź razie chodziłam do szkoły na dwie zmiany. Popołudniową zmianę kończyłam po godzinie osiemnastej. Do domu docierałam po dziewiętnastej. Dostała więc przepustkę, która uprawniała mnie do późniejszego powrotu. Zima była mroźna i śnieżna. W pamięci utkwiły mi różne wojskowe pojazdy poustawiane w całym mieście i żołnierze grzejący się przy koksownikach. Widok był tym bardziej dziwny, że w Myszkowie nie stacjonowała żadna jednostka. Rozpoczął się czas przeróżnych zakazów i nakazów. Czas kartek na mięso, cukierki, papierosy, alkohol. Po pewnym czasie lista produktów reglamentowanych zaczęła się wydłużać o masło, mydło, proszek i sama już nie wiem co jeszcze. Nie pamiętam pierwszych świąt w stanie wojennym, ani Sylwestra 1981/1982. Jedyny produkt, który kojarzy mi się z tym czasem to zielone, kubańskie pomarańcze. Jedyny, dostępny w owym czasie rarytas. Do dziś pamiętam, że były słodkie, soczyste i okropnie łykowate. Tak naprawdę wysysało się z cząstek jedynie sok. Czy ktoś może spotkał się z kubańskimi pomarańczami po stanie wojennym? Bo ja nie :) Za to na początku 1982 roku zdarzyła się pewna historia, która wówczas była dla mnie traumatyczna, ale teraz wydaje się śmieszna. Ale tę historię opowiem w następnym wpisie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz