czwartek, 3 września 2015

Bardzo dawno nie pisałam... właściwie nawet nie mam wytłumaczenia. Zwyczajnie nie chciało mi się. A teraz nie wiem jaki temat wybrać :) Wakacje się skończyły, więc wracam do szkoły. Podstawowej oczywiście!
Wraz z szkolnymi wspomnieniami muszę wspomnieć o moich wszystkich futrzakach. A trochę ich miałam. Muszę poukładać historie moich zwierząt, głównie psów, bo miłość do kotów przyszła do mnie znacznie później, Pierwszy, własny pies... było to stworzenie głupiutkie, ale niezwykle sympatyczne. Czarny pekińczyk imieniem Gacek. Psa przyniosła mi pracująca w szpitalu ciocia Ula, jako spadek po państwu doktorostwu. Nie pamiętam nazwiska, ani przyczyn, dla których powierzyli mi psa. Miałam wtedy około siedmiu lat i poczułam się niezwykle dumna i odpowiedzialna. Ale mój pogląd na psy oparty był na Szariku z Pancernych, Cywilu czy chociażby na literaturze " O psie, który jeździł koleją". Miał to być mój przyjaciel, pomocnik i obrońca. I tu nastąpiło rozczarowanie. Razem z Gacusiem pojawiły się jego fanaberie :) Po pierwsze nie potrafił chodzić po schodach, a ja mieszkałam wówczas na drugim pietrze. Po drugie miał dziwne upodobania kulinarne: jajecznica na masełku i chlebek smarowany margaryną i krojony na malutkie kosteczki. Po trzecie nie potrafił wrócić samodzielnie do domu, a często mu się zdarzało uciekać w nieznane. Po którejś tam ucieczce zrezygnowałam ze spuszczania go ze smyczy. I ostatnia rzecz, był to bardzo delikatny piesek. Taki, który musi unikać wilgoci, zimna, gorąca itp. Kiedyś zabraliśmy go nad wodę. Chciałam sprawdzić czy to prawda, że wszystkie psy umieją pływać. Zachęciłam go do zaprezentowania umiejętności pływackich i skończyliśmy u weterynarza, bo Gacuś dostał zapalenia spojówek i wyrósł mu na oku ogromny jęczmień. Ale pływać potrafił. W końcu przyszedł wrzesień 1977 roku i na świat przyszła Monika. Pierwsza wizyta pielęgniarki środowiskowej spowodowała eksmisję Gacusia. Panował wówczas pogląd, że pies i niemowlę nie mogą przebywać w jednym domu. Ciocia była świeżo upieczoną, młodą matką i nic nie mogło ją przekonać do psa. Oddaliśmy go z wielkim bólem na wieś, gdzie niestety świeże, wiejskie powietrze i zwyczaje dotyczące zwierząt mu nie służyły. I tak zakończył swój niezbyt długi żywot. Niestety nie mam żadnego zdjęcia, na którym byłby utrwalony Gacek. 
Coś mi się plącze po głowie jeszcze jeden pies, który zamieszkiwał z nami przed Gackiem. Ale to nie był mój osobisty pies. Niemniej pamiętam jedną, zabawną historię :) Był to buldog albo bokser, który uwielbiał leżeć na progu mieszkania. Nie wiem jakim sposobem znalazł się w naszym domu, bo babcia jednak nie gustowała w zwierzętach. Za to ogromnie gustowała we wszelkich metodach "inwigilacji". Gdy tylko usłyszała jakiś szum, na ulicy bądź na korytarzu, biegła natychmiast rzucić na sytuacje okiem, oczywiście po ciemku. I tak pewnego dnia potknęła się o leżącego na progu psa, upadłą i złamała rękę. Postanowiła ze złości na zwierzę oddać go ludziom. Najpierw wywiozła go do kogoś do Kamieńca. Jeszcze nie zdążyła wrócić do domu, jak pies czekał na nią grzecznie na progu. Potem wywiozła go do Wrocławia. Powrót zajął mu około trzech dni. A potem... nie miała już sumienia gdziekolwiek go oddawać. Ale sympatia do czworonoga została jednak zachwiana. Mój ojczym zabrał go więc do jednostki. Psu bardzo się służba spodobała. Często towarzyszył wartownikom na służbie. Tyle, że żołnierze z sympatii do niego zaczęli go mocno karmić i straszliwie go zapaśli. Żywot swój skończył w wojsku. Nie wiem ilu dożył lat.
O pozostałych futrzakach napiszę później... ale jeszcze dzisiaj :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz