sobota, 5 września 2015

Kolejnego psa uznałam za dar od nieba. Mieszkałam wówczas w Myszkowie. Przyjechaliśmy pociągiem do Ząbkowic na święta Bożego Narodzenia. Dokładnie nie pamiętam jak doszło do tego, że ten piesek pojawił się w domu. Być może wracałyśmy z Mariolą z sanek, a ja zawołałam błąkającego się pieska i ten za mną przyszedł do domu? Później bawiłyśmy się z Mariolą do późnego wieczora. Pies bawił się razem z nami.Został nakarmiony, napojony i ogólnie mocno wygłaskany. Ale kiedy przyszło do odprowadzania Marioli do domu, rodzice uznali, że należy również odprowadzić pieska do miejsca, skąd został zabrany. Z wielkim żalem wzięłam go na ręce i odniosłam pod budynek, gdzie go pierwszy raz spotkałam...
Nie macie pojęcia, jaka radość mnie ogarnęła, gdy z rana wychodziłam na sanki... a piesek czekał na mnie pod moimi drzwiami, na drugim piętrze, radośnie machając ogonem. Wszyscy tego psa polubili. Okazało się, że to suczka. Mała, ruda, przypominająca sarenkę suczka. Pilnowała się nas do tego stopnia, że bez smyczy mogłam ją spokojnie wyprowadzać na spacery. Kiedy ferie świąteczne dobiegły końca musieliśmy wracać do Myszkowa. Nawet przez chwilę nie przyszło nam do głowy, żeby psa zostawić w Ząbkowicach. Nie mieliśmy smyczy, a pies w pociągu musiał być zabezpieczony. Zrobiliśmy jej obrożę z kawałka paska a smycz z wełnianego sznurka :) I tak pojechała z nami do Myszkowa. To był młodziutki piesek. Nim dorósł, narobił wiele szkód. Był rok 1979/1980, więc pożarcie skórzanych kozaków mamy było katastrofą. Ale nikt nigdy nie miał do psa pretensji. Nawet narodziny Mariusza nie spowodowały eksmisji. Nazwaliśmy ją Sarna. Być może mało oryginalnie, ale wszystkim się podobało. 
W końcu nadszedł czas pierwszej cieczki. Nie mam pojęcia jak Sarna wydostała się z podwórka. W każdym bądź razie uciekała przed watahą psów i wpadła pod samochód. Rodzice ukryli przede mną ten fakt i próbowali mi wmawiać, że uciekła. Ale i tak dowiedziałam się prawdy. Bardzo rozpaczałam i przez jakiś czas nie przejawiałam pragnienia posiadania psa.
Następny pojawił się po trzech latach. Byłam już w siódmej klasie, oczywiście w Ząbkowicach. Czas po śmierci cioci Hani wykorzystywałam na nadrobienie straconych lat i bardzo często przebywałam u dziadków Talarków. W tym samym budynku mieszkał mój ojciec ze swoją nową rodziną. Miał już wówczas dwóch synów; Krzyśka i Grzesia. Zaglądałam do nich od czasu do czasu, ponieważ polubiłam panią Zosię. Miałam zaledwie 14 lat, ale potrafiłam obserwować. I zaobserwowałam :) Pani Zosia miała przyjaciółkę. Taką najlepszą. Dzieliły się jedną kawą. I... nie mam pojęcia jakie ukryte zalety posiadał ten mój ojciec, bo po pewnym czasie zostawił Zosię i dzieci i przeniósł się do Grażyny. Przyjaźń się skończyła, a ja zyskałam kolejną macochę :) Nie mogę powiedzieć złego słowa na Grażynę. To jest kobieta, którą należy podziwiać. Z gatunku tych silnych i samodzielnych. Ale udało jej się popełnić błąd i wyszła za mąż za mojego ojca. Po pewnym czasie przenieśli się we dwoje do Jeleniej Góry. Nie mam pojęcia, co stało się mojemu ojcu, albo kto na niego wpłynął, ale w prezencie gwiazdkowym dostałam od niego... psa. 
Opowieść o tym właśnie piesku wymaga powrotu do wspomnień o Andrzeju- Świrku. Dlatego pozostawię ją na później :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz