czwartek, 24 września 2015

Wczoraj... pierwszy dzień jesieni. Przemierzałam z koleżanką drogi naszego powiatu. Ona, wykonując swoje obowiązki służbowe, a ja zwykle jej towarzyszę. Każdy jest fachowcem w swojej dziedzinie, więc służę jej jako kierowca :) Całe nasze życie związane było z harcerstwem. Swego czasu nawet konkurowałyśmy ze sobą w dziedzinie zuchowego przywództwa. Teraz, kiedy mamy chwilkę, a mamy właśnie wtedy, kiedy przemierzamy drogi naszego powiatu, przenosimy się w czasie do chwil, gdzie problemy dorosłego życia w ogóle nas nie dotyczyły. Wczoraj, na okoliczność pierwszego dnia jesieni przypominałyśmy sobie wszystkie znane nam piosenki harcerskie, które z jesienią się kojarzą. Darłyśmy się w samochodzie wyśpiewując zapamiętane zwrotki, nierzadko fałszując. A konkluzja była na koniec taka, że te nasze były znacznie fajniejsze i romantyczniejsze niż współczesne. 
Po pracy rozstajemy się i każda zasuwa do swojego domu. Koleżanka, z racji tego, że jest pracoholiczką (sama się do tego absolutnie nie przyznaje) pewnie jeszcze do późna spisuje efekt swojej pracy. Ja natomiast wracam i oddaję się wspomnieniom. A to dlatego, że nasze słowicze śpiewy znowu stały się katalizatorem do wspomnień :)
Tak więc wspominam... czas, w którym miałam okazję spotkać się z PRAWDZIWYM HARCERSTWEM !!!
Nie pamiętam kto wysłał mnie, Edytę i Darka (uczniów siódmej klasy) na WIOSZ. Wiosenny obóz szkoleniowy. Atrakcyjność obozu polegała głównie na tym, że odbywał się on w trakcie roku szkolnego. Dwa tygodnie, a może jeden... w każdym bądź razie dyrektor szkoły wyraził zgodę na nasz wyjazd. Przygoda zaczęła się już na dworcu. Musieliśmy się samodzielnie dostać do zameczku w Szalejowie. (Przed chwilą znalazłam w internecie zdjęcia zameczku z czasów jego świetności. W zasadzie nie jest daleko i mogłabym pojechać zobaczyć jak to teraz wygląda. I chyba tak zrobię. Ale wracajmy do WIOSZu). Na dworcu spotkaliśmy grupkę harcerzy i jak to pomiędzy harcerską bracią bywa, ustaliliśmy, że wszyscy jedziemy w to samo miejsce. Z tym, że z podstawówki byliśmy tylko my, w trójkę. Reszta, to uczniowie szkół średnich. Kiedy dotarliśmy do Szalejowa i odnaleźli zamek, okazało się, że obóz owszem, będzie, ale dopiero od poniedziałku. A my znaleźliśmy się tam już w piątek. I co tu zrobić? Wracać do domu? Wybłagaliśmy stróża, żeby wpuścił nas do zamku. Nie wiem, czy to była siła użytych argumentów czy może nasz urok, ale facet udostępnił nam jeden, największy pokój. Zajęliśmy go koedukacyjnie, bo nie wypadało marudzić i ... zaraz po tym okazało się, że marnie u nas z zapasami. Nikt nie był zaopatrzony w prowiant, bo byliśmy przekonani, że dostaniemy kolację. A tu taka niespodzianka. Czekały nas dwa dni na ścisłej, wodnej diecie. Perspektywa głodu uruchomiła kreatywność u naszych kolegów. Wyruszyli na wieś, na łowy. A ściśle mówiąc na podryw. Musieli być bardzo czarujący, bo przytargali górę jedzenia. Niektórym udało się nawet załapać na niedzielny rosołek. W przewodniku wyczytaliśmy(wtedy używało się przewodników, dziś internetu), że zamek należał do Barona von Munchhausena. Rozpoczęliśmy zwiedzanie, przegląd zakamarków i w ogóle poczuliśmy się jak u siebie. Zintegrowaliśmy się jako grupa natychmiast. Dziewczyny stawały na balkonie a chłopaki z dołu recytowali znane im fragmentarycznie romantyczne utwory. Bawiliśmy się wyśmienicie. W nocy okazało się, że jeden z kolegów, Andrzej B. bardzo dobrze przygotował się do pobytu w zamku. Otóż uszył sobie nocną koszulę i szlafmycę i w takim stroju paradował po zamkowych korytarzach. Aż wreszcie nadszedł poniedziałek i... nastąpił zwrot :) Przyjechała kadra obozowa. Grupa instruktorów z Chorągwi Wałbrzyskiej. Oczywiście nasz widok tak zadomowionych w zamku wprawił ich w osłupienie. Ale bardzo szybko przystąpili do wprowadzania dyscypliny. W zasadzie jedną rzecz mieli już z głowy. Byliśmy już tak mocno zintegrowani, że nie daliśmy się rozdzielić i stanowiliśmy jedną, obozową drużynę. W poniedziałek dołączył do nas jeszcze jeden ząbkowicki harcerz, Radek G i, trzeba to przyznać, miał jeszcze lepsze wejście niż my. A mianowicie przybył w mundurze, do którego założył kraciaste rybaczki :) Komendantka o mało nie dostała zawału, kiedy zobaczyła go w takiej stylizacji.
Rozpoczął się obóz. Przez cały czas trwania szkolenia, nie mieliśmy czasu na nudę. Uczono nas wszystkiego: historii harcerstwa, symboliki, musztry, piosenek, plasów. Zajęcia odbywały się przez cały dzień, z przerwami na posiłek. Noc też przynosiła szereg niespodzianek w postaci alarmów. Czas nam upłynął nie wiadomo kiedy. Pod koniec obozu odbył się festiwal, na którym nasza drużyna była bezkonkurencyjna. Sama piosenka, którą zaśpiewaliśmy, nie zapewniłaby nam zwycięstwa. Ale aranżacja... wprawiła szanowne jury w zachwyt. Otóż okazało się, że większość chłopaków jest uzdolniona muzycznie i gra na jakimś instrumencie. Oczywiście, że na każdym obozie znalazła się gitara, ale sama gitara byłą jak dla nas zbyt trywialna. Potrzebowaliśmy mocnego uderzenia. Obsługa pewnie nieźle się zdziwiła kiedy z korytarzy poznikały kosze na śmieci, a kucharki nie mogły odnaleźć niektórych garnków i pokrywek. Ponieważ mieliśmy w swoim gronie perkusistę, należało zmontować mu odpowiedni instrument. Oprócz gitary i perkusji użyliśmy wszelkich, wydających jakikolwiek dźwięk przedmiotów. Nasz występ został nagrodzony owacją i był wielokrotnie bisowany :). Przyszedł w końcu moment zdania egzaminu i zdobycia (bądź nie ) patentu zastępowego starszoharcerskiego. Nasza drużyna zdała egzamin w 100 % i do Ząbkowic powróciliśmy jako świetnie przeszkoleni harcerze, fachowo przygotowani do prowadzenia zastępów. Właśnie po tym obozie szkoleniowym staliśmy się grupą dobrze rozpoznawalną w środowisku harcerskim.
Mój patent zdobyty na WIOSZu 1983 w Szalejowie k. Kłodzka :)

Przyjaźń, koleżeństwo, znajomości zawarte miedzy innymi na tym obozie przetrwały trzydzieści lat. Edyta z Darkiem są małżeństwem, chodź w podstawówce nic na to nie wskazywało. Część z nas zrobiło kariery zawodowe, części życie się nie poukładało. Ale jeszcze się nie zdarzyło, żebyśmy nie przywitali się na ulicy. Taka jest właśnie siła harcerskiej przyjaźni.






Zdjęcia zamku w Szalejowie znalezione w internecie. 
Chyba się tam wybiorę i sama sfotografuję to miejsce :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz