wtorek, 8 września 2015

Jak już wcześniej wspominałam, po śmierci cioci Hani stałam się częstym bywalcem na ulicy Kamienieckiej, u moich dziadków. Starałam się za wszelką cenę nadrobić stracony czas. A że rodzina była liczna... ciągle miałam coś do odkrycia. Związek mojego ojca z panią Zosia niestety rozpadł się. Szkoda mi było chłopaków, bo gdzieś tam słyszałam, że bez ojca łatwiej jest dziewczynkom niż chłopakom. Mnie obecność ojca była zupełnie obojętna. Liczyła się dla mnie babcia, dziadek, ciotki, wujkowie i dość liczna gromada kuzynostwa. dziadek miał psa, a ściśle mówiąc suczkę. Jakaś mieszanka bokserki. Nie pamiętam imienia tej poczciwej psiny. Pewnego razu, kiedy przebywałam u babci, suczka zaczęła się szczenić. Dzielnie uczestniczyłam w tym porodzie. A był tym bardziej trudny, że na świat przyszło 16 szczeniąt. Co prawda przy życiu pozostało jedynie 8, ale i tak liczba była imponująca. Kiedy trudny poród się zakończył, zapragnęłam psa. Niestety, nie dostałam pozwolenia od babci Ziuty i wszystkie szczeniaki poszły do nieznanych mi domów. Obawiałam się, że niektóre źle skończyły, ale nie miałam na to wpływu. W końcu nadeszły święta Bożego Narodzenia. Z jednej strony bardzo smutne, bo bez cioci Hani. Z drugiej... były to moje pierwsze święta z rodziną Talarków. Inne zwyczaje, inna atmosfera... Na święta zjeżdżała się cała rodzina. Przyjechał również ojciec z Grażyną. I... przywiózł dla mnie prezent. Pierwszy prezent (i chyba do dziś jedyny) od ojca. Cudownego, małego, białego szczeniaczka :) Piesek był mikroskopijny. Biały, z delikatnymi brązowymi łatkami. Sprawił mi ogromną radość. Nawet nie miałam kłopotów z babcią Ziutą. Bez grymasów zaakceptowała pieska. A właściwie suczkę. Dałam jej królewskie imię Diana. Byłą tak malutka, że nosiłam ją w torebce :) Zresztą zima była dość sroga, wiec ograniczałam do minimum spacery. Aż wreszcie przyszły zimowe ferie. Piesek rósł, choć powoli. I właściwie nie było z nim żadnych kłopotów. Aż pewnej nocy... Dianka zaczęła dziwnie oddychać. Właściwie rzęzić. Nie wiedziałam jak jej pomóc, ani co jej dolega. Czuwałam przy niej przez całą noc, aż w końcu usnęłam. A gdy się obudziłam rano... piesek już był martwy i sztywny. Wpadłam w histerię i nikt nie był w stanie mnie uspokoić. Babcia natychmiast chciała znaleźć dla mnie jakiegoś szczeniaka, ale jakoś żadnego nie było pod ręką. Ojciec próbował sprawę bagatelizować, doprowadzając mnie tym do jeszcze większej rozpaczy. Skończyły się ferie i musiałam wrócić do szkoły. Moja żałoba  była ogromna. Rozpaczałam do tego stopnia, że przerabiała Treny Kochanowskiego pod moją Diankę. Każde wspomnienie powodowało łzy. 
Siedzieliśmy w klasie na lekcji fizyki. Nie w dwuosobowych ławkach, tylko przy stołach. Na fizyce często robiliśmy doświadczenia i tak układ klasy był korzystny. Nie pamiętam całego składu naszego stołu, ale na pewno siedział ze mną Andrzej. Robiliśmy jakieś zadanie. W pewnym momencie Andrzej zapytał: co, pies ci zdechł??? Odpowiedziałam, że tak i od razu oczy napełniły mi się łzami.Andrzej nie przestawiał drążyć: psa ci szlag trafił? i co, zakopałaś go. Pewnie już go robaki zżerają... I tak przez całą lekcję. A z każdym jego słowem, wyłam coraz bardziej i coraz głośniej. W pewnym momencie zasmarkana zaczęłam łkać tak głośno, że zainteresowałam pana Rajczakowskiego. Fizyk przystąpił do mediacji. Polegało to na tym, że zabrał Andrzeja na zaplecze i nie wykluczone, że wypłacił mu jakiegoś klapsa. Andrzej wrócił względnie skruszony i mnie przeprosił. Ale tak do końca nie przestał mi dokuczać. Trwało to jakiś czas. W tym czasie moja rodzina stawała na głowie, żeby zdobyć dla mnie jakiegoś psa. Po stracie Diany kompletnie straciłam apetyt, a brak łaknienia był w mojej rodzinie traktowany jak najcięższa choroba. 24 lutego miałam urodziny. Urodziny jak urodziny. Aż tu przyjeżdża mój tato i przywozi mi w prezencie pieska. Równie małego, ratlerkowatego jak Diana. Białego, w czarne łatki. Dałam mu na imię Wiki. Jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć tym pieskiem, jak usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyła babcia i powiedziała, że mam gościa. Za drzwiami stał Andrzej z wiklinowym koszykiem w ręku. Podał mi ten koszyk i powiedział: masz i nie rycz więcej. Po czym zbiegł ze schodów. Zajrzałam do koszyka i... zawartość wprawiła mnie w osłupienie. Mała, puchata, biała, łaciata kulka. Pies, szczeniak. Z gatunku... orgia uliczna. A właściwie orgia wioskowa. Bo tego psa zabrał dla mnie od swojej babci z wioski. Cóż miałam robić? Pokochałam obydwa. Wiki, mały, chudy, hałaśliwy ratlerek i Niki, biały, łaciaty kundelek. Wiki po paru latach zaziębił się dość znacznie i nie przeżył tego. Niki natomiast miał naturę łajzy. Często uciekał z domu i wędrował swoimi drogami. Któregoś dnia jego droga skończyła się pod kołami samochodu :( 
Z całej tej historii zawsze wzrusza mnie wspomnienie Andrzeja. Taki własnie był z niego Świrek. Niby chuligan, a jednak z dobrym sercem. Mam nadzieję, że gdzieś tam w górze... w innym świecie... czasami wspomni to nasze dzieciństwo. Bardzo żałuję, że tak szybko nas opuścił...
Na zdjęciu Andrzej wygląda zza pleców Janusza Wójcika
Obaj już niestety przebywają w lepszym świecie :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz