sobota, 13 czerwca 2015

Krótki czas, który mi pozostał od przybycia do jedynki do końca roku szkolnego wykorzystałam na poznawanie. Zarówno uczniów wszystkich klas jak i nauczycieli. Starałam się poznać nawet tych, którzy mnie nie uczyli. Ponadto zaangażowałam się w harcerstwo, samorząd szkolny, turystykę. Generalnie wszędzie mnie było pełno. Z moich koczowniczych doświadczeń pozostała mi niezwykła umiejętność nawiązywania znajomości. Integrowaniu się z innymi klasami sprzyjały lekcje religii. Odbywały się one po południu w salkach katechetycznych przy kościele. Każdy uczestniczył w katechezach przy swojej parafii, więc nie wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy kolegów różnych wyznań. I to, moim zdaniem, była zdrowa sytuacja, czego niestety teraz nie ma. Kiedy myślę o katechezie, przypomina mi się jedno zdarzenie. Nie pamiętam, w której byłam wówczas klasie, ale to i tak mało istotne :) Nie mam pojęcia skąd wziął się pomysł wywoływania duchów i do końca nie pamiętam, kto brał w tym udział. Na pewno była ze mną Monika i Agnieszka z równoległej klasy. Zaopatrzone w niezbędny ekwipunek, czyli klucz i książeczkę do nabożeństwa, przystąpiłyśmy do poszukiwania odpowiednio ciemnego miejsca. Wszystko działo się tuż przed lekcją religii, przed salką katechetyczną. Wcisnęłyśmy się do jakiegoś składziku, czy komórki... nie wiem jak to miejsce nazwać i zaczęłyśmy obrzęd wywoływania duchów. Chyba Monika wpadła na pomysł, aby przywołać konkretnego ducha. Nie bardzo pamiętam, na czym ten obrzęd miał polegać i jak duch miał odpowiadać na nasze pytania. Za to dokładnie pamiętam, że książeczka obracała się w naszych dłoniach na tym kluczu. W pewnym momencie zostałyśmy poinformowane, że zbliża się ksiądz i rozpoczynamy katechezę. Próbowałyśmy szybko pożegnać ducha i pójść na lekcję, ale ten niestety nie chciał odchodzić. Kontynuowałyśmy procedurę jeszcze na lekcji, nie zważając na to, że inni dziwnie nam się przyglądają. Nie udało się. Przez kolejne dni spotykałyśmy się w szkole w wielkiej konspiracji. Agnieszka z przerażeniem nam opowiadała, że duch chyba u niej zamieszkał i ciągle ją nawiedza. Nie wiem czy mówiła prawdę, ale była naprawdę przerażona. Nie pamiętam finału tej historii. Na pewno postanowiłyśmy pójść do spowiedzi. Trafiłyśmy w konfesjonale na  nieżyjącego już księdza Adama, który swoim spokojnym, kojącym głosem tłumaczył nam, na czym polegała niestosowność naszego zachowania. Nie krzyczał, nie robił wyrzutów... a płakałam przy konfesjonale jak bóbr. I nigdy więcej nie wzięłam udziału w podobnych seansach. Nie wiem, jak moje koleżanki, ale przypuszczam, że też nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz