środa, 10 czerwca 2015

Z całych sił próbuję sobie przypomnieć pakowanie i powrót do Ząbkowic. I nic nie pamiętam. Pierwsze wspomnienie dotyczy zapisu do szkoły. Skończyły się ferie i należało pójść do szkoły. Towarzyszyła mi ciocia Maryla. Przez dwa lata mojej nieobecności w mieście nastąpiła rejonizacja szkół. Ja oczywiście chciałam wrócić do swojej starej klasy w szkole nr 4. Wtedy nosiła imię Wandy Wasilewskiej  (niezbyt chwalebna patronka, ale prawdę mówiąc nie miała dla mnie znaczenia). Szkoła została przeniesiona z ulicy Ziębickiej na Kłodzką. Niestety, spotkało mnie rozczarowanie. Dyrektor, ze względu na rejonizację, nie zgodził się na mój powrót do poprzedniej klasy. Następne kroki skierowałyśmy na ulicę Krzywą, do szkoły nr 1. Szłam jak na ścięcie. Bałam się, że tam również mnie nie przyjmą, bo mój rejon to szkoła nr 2. Przywitał mnie pan Rajczakowski. Wtedy był chyba zastępcą dyrektora. Zapytał, czy znam kogoś, kto chodzi do tej szkoły. Znałam tylko jedną osobę, Anię Tomaszewską. I dzięki znajomości z Anią zostałam skierowana do klasy VI B. Procedura została rozpoczęta. Stanęłam przed nową klasą, rozpoczęłam autoprezentację i nagle... słyszę z pierwszej ławki głos: talarek, dolarek, stówka, złotówka. Bogdan Białczyński, moje utrapienie ze szkoły nr 4, drugo, a nawet trzecioroczniak :) Zamiast się zdenerwować ucieszył mnie jego widok. Lepiej mieć znanego przeciwnika niż nieznanego przyjaciela :) Zresztą, pomimo tego, że mi dokuczał, lubiłam Bogdana. I nadal lubię, bo od czasu do czasu spotykam go na ulicy. Potem okazało się, że tych moich znajomych jest dużo więcej. Trafiłam do najlepszej klasy, z którą przeżyłam najcudowniejsze szkolne chwile.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz