W poniedziałek czeka mnie pierwsza wizyta z wnuczką u stomatologa. Bardzo ważna wizyta. Chciałabym zapobiec wszystkim zaniedbaniom, które były udziałem zarówno moich rodziców jak i w późniejszym okresie moim, a dotyczyło stanu uzębienia. Bo zęby to mój największy problem, a zarazem ogromny kompleks.
Jak już wspominałam we wcześniejszych postach, jako dziecko byłam uważana za niejadka i anemika. Nie trafiałam ze swoją urodą w kanon piękna, czyli rumianego, pulchnego bobaska. Mama za wszelką cenę chciała ten stan rzeczy zmienić. Za ciężko zdobyte dewizy kupowała mi w PEWEXIE preparaty witaminowe, z dużą zawartością żelaza. Pragnienie posiadania rumianego dziecka była tak wielka, że pasła mnie tymi specyfikami nawet wtedy, gdy zaczęłam ząbkować. Żelazo plus malutkie ząbki nie współgrają ze sobą, ponieważ niszczy szkliwo, a co za tym idzie osłabia zęby.Nie wiem czy stałam się bardziej rumiana. Pamiętam natomiast swoją pierwszą wizytę u dentysty. Osłabione zęby zaczęły mi najzwyczajniej dokuczać. Mama zaprowadziła mnie do dentysty ( ta pani pomimo podeszłego wieku nadal jest dentystką i przyjmuje pacjentów), zostałam posadzona na fotelu i ... No cóż, pani specjalnie nie przejęła się moim uzębieniem, zwłaszcza, że miałam dopiero cztery lata i ząbki powinny mi jeszcze trochę posłużyć. Bolą ? ... należy usunąć. Złapała kleszczami za jedynkę i sprawnym ruchem pozbawiła mnie obu, za jednym podejściem :) Te nieszczęsne jedynki zaczęły mi rosnąć dopiero w drugiej klasie.Innych wizyt u stomatologa w okresie przedszkolnym nie pamiętam. Kiedy już wyrosły mi te upragnione zęby były ogromne i krzywe. Jakby tego było za mało, już w czwartej klasie zaczęły się psuć. Nie wynikało to z tego, że o nie nie dbałam. Były po prostu słabe.
Akurat w tym czasie rozpoczynałam naukę w kolejnej, nowej szkole. Ubytki w uzębieniu zostały dostrzeżone przez jedną z koleżanek i natychmiast wykorzystane przeciwko mnie. Rysowała karykatury ze szczegółowym opisem owych ubytków, dokuczała mi w każdy możliwy sposób. Walczyłyśmy o pozycję w klasie, więc wszystkie chwyty były w użyciu.
Wizyty u stomatologów, przynajmniej dwa razy w tygodniu, rozpoczęłam właśnie wtedy :) Efekt był mizerny. Pani dentystka łatała mi zęba w jednym miejscu ( procedura była inna niż obecnie, zakładanie lekarstwa, trucie i inne zabiegi trwały bardzo długo) a w następnym tygodniu pojawiał się nowy ubytek. Syzyfowa praca. Zęby zaczęły spędzać mi sen z powiek, stały się moim największym kompleksem. W zasadzie są nim nadal, ale jestem już w wieku, w którym kompleksy nie są zbyt bolesne i dokuczliwe.
Problem mój podążał za mną przez kolejne lata. A nawet się pogłębiał. Moi rówieśnicy spędzali popołudnia na zabawie, grach, spacerach, a ja w poczekalniach dentystycznych. Jedyną dostępną rozrywką było czytanie. Stąd pewnie pochodzi ogromna liczba przeczytanych przeze mnie książek. Do dzisiaj mam zwyczaj noszenia w torebce książki i czytania w każdej chwili, zwłaszcza w poczekalniach :) W Ząbkowicach babcia, sugerując się pocztą pantoflową znalazła mi ponoć dobrego stomatologa. Rozpoczęłam wizyty. Większego partacza jak żyję, nie spotkałam. Za to cenił się wysoko. Czasami myślę,że jakbym odkładała wszystkie pieniądze jakie wydałam na prywatne wizyty, dzisiaj stać by mnie było na super wypasione implanty :)
Któregoś dnia obudziłam się z ogromną opuchlizną. Spuchłam oczywiście od zęba leczonego dnia poprzedniego. Doczekałam popołudnia i udałam się z problemem do pana dentysty. Ten wpadł na genialny pomysł: przewiercił mi zęba, aby dać ujście ropie. I tak z niczym nie zabezpieczonym zębem wróciłam do domu. Nazajutrz, w szkole, na lekcji WF graliśmy w piłkę ręczną. Moja koleżanka Agnieszka, która zwykle stałą na bramce, zapragnęła pograć w polu. Zamieniłam się z nią i stanęłam na bramce. Aga z pięknego wyskoku rzuciła piłkę, ja z ogromnym poświęceniem starałam się obronić i... z całym impetem dostałam piłką w twarz. Poczułam jakiś dyskomfort w ustach, ale specjalnie się nie przejęłam. Po powrocie do domu postanowiłam coś przekąsić. Zrobiłam sobie pajdę chleba z jakąś wkładką (chyba był to kotlet schabowy, ale pewności nie mam) i przystąpiłam do konsumpcji. Był to tylko jeden gryz. Mój ząb został w kanapce. Ogarnęła mnie czarna rozpacz i z płaczem zamknęłam się w łazience. Moja rodzina nie pomagała mi w tej trudnej chwili. Wujek zaczął się naigrywać, bredził coś w rodzaju Beata- szczerbata i tym podobne, a ja ryczałam w tej łazience. No cóż, potrzeba od zawsze była matką wynalazków. Ponieważ na drugi dzień nie było zajęć w szkole (chyba to był dzień dziecka) poszłam rano do Vity do dentysty. Tym razem pani dentystka obejrzała szczątek mojego uzębienia i powiedziała, żebym poszła do protezowni. Tyle, że nie miałam pojęcia, gdzie ta protezownia się znajduje. Żadnych innych informacji. A poza tym w tej protezowni od ręki takich spraw nie załatwiali, a ja za żadne skarby nie mogłam pokazać się w szkole bez zęba. Po powrocie do domu ponownie zajęłam łazienkę i oddałam się rozmyślaniom. Jak pomysłowy Dobromir :) Przytargałam różne materiały: chleb, plastelinę, świecę i rozpoczęłam próby. Najlepszy okazał się wosk. Wycięłam kwadracik wielkości zęba, podgrzałam nad płomieniem i uformowałam woskowy implant. Jakież było zdziwienie mojego wujka, jak zobaczył mnie z pełnym uzębieniem. Z czasem mój wynalazek był modyfikowany. Do klejenia zęba zużyłam całą komunijną gromnicę. Najbardziej pasowała kolorystycznie. Podgrzewanie nad płomieniem zamieniłam na gorącą wodę i przetrwałam tak aż do... pełnoletności. Do mojej zębowej tajemnicy dopuściłam tylko jedną przyjaciółkę Mariolę. Z woskowym zębem jadłam, spałam, jeździłam na wycieczki i obozy. Problem na nowo wrócił po ciąży. Wtedy posypały mi się prawie wszystkie zęby i woskowe implanty już się nie nadawały do uzupełnień :)
Po raz kolejny rozpoczęłam leczenie. I po raz kolejny z mizernym efektem. W końcu musiałam przejść na uzębienie wymienne. Taki los. Jak wygram w lotto to pierwszą moją inwestycją będą śliczne implanty. Nawet jeśli będę miała wówczas osiemdziesiąt lat :)
Chciałabym, żeby moją wnuczkę ominęły wszystkie zębowe problemy. Aby jej uśmiech zawsze był olśniewający. I żeby ominęły ją wszystkie bóle zębów. Panuje powszechna opinia, że mleczaki nie są ważne. Wypadną i tyle. Niestety... o mleczaki również trzeba dbać, a dentysta nie może być straszakiem na niegrzeczne dzieci.
Na tym zdjęciu nadal mam w ustach woskowego "zęba"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz