wtorek, 17 marca 2015

Kolejny przystanek... Myszków

Naukę w myszkowskiej szkole rozpoczęłam w 1980 roku. Zamieszkaliśmy w małym, wynajętym mieszkaniu, na obrzeżach miasta. Pomimo obowiązującej rejonizacji, rodzice zapisali mnie do szkoły w centrum. Mieli nadzieję, że w niedługim czasie dostaną mieszkanie na budującym się osiedlu i żebym nie musiała ponownie zmieniać szkoły, zapisali mnie do tej w centrum. Oj naiwni...Tak więc przyszło mi pokonywać codziennie spory kawałek. 
Samej przeprowadzki, przewozu mebli i rzeczy w ogóle nie pamiętam. Mieszkanie było tragiczne. Pokój z kuchnią, ubikacja na korytarzu, w kuchni piec węglowy i okropny grzyb. Niestety grzyb ujawnił się już po podpisaniu umowy jako bonus. Zaletą zamieszkania w tym miejscu było to, że panowała tam wiejska atmosfera i dokoła miałam sporo rówieśników. Z przeprowadzką czekała na mnie niespodzianka... mama była w ciąży. Miałam w końcu doczekać się upragnionego rodzeństwa.

Stawanie przed obcymi dziećmi i dokonywanie autoprezentacji nie sprawiało mi kłopotu. Miałam już 11 lat i spore doświadczenie. Trafiłam do bardzo fajnej, zgranej klasy. Wiadomo, że jako obca, musiałam mocno zawalczyć o swoją pozycję.

Jak już wspomniałam, klasa była zgrana, każdy miał ugruntowaną pozycję, opinię itd. I nagle przychodzi jakaś nowa i burzy panujący ład. Oj, nie było mi łatwo, zwłaszcza, że trafiłam na godną przeciwniczkę.

Szkoła lat 80 tych pełna była różnorakich układów. Większość uczniów w mojej nowej klasie należało do tzw elity. Dzieci nauczycielskie to najniższy szczebel. Moja rywalka była córką pani prezes GS (chyba GS) i nie pamiętam dokładnie, ale jakiegoś wysoko postawionego członka PZPR czy naczelnika miasta. W każdym bądź razie, ludzi powszechnie znanych i szanowanych. Z racji pochodzenia miała wiele ulg w szkole. Ale naprawdę była bardzo zdolna i inteligentna. Zawsze sprawiała wrażenie znacznie starszej od pozostałych. Wysoka, postawna, szczodrze obdarzona przez naturę. Do tego najlepsza uczennica, I wtedy pojawiam się ja, staję przed klasą i mówię: Nazywam się Beata Talarek (w tle już słyszę talarek, dolarek itp) i będę chodzić z wami do klasy. Niby nic niezwykłego, ale zaraz po mojej krótkiej i lakonicznej prezentacji, wychowawczyni przystąpiła do odczytywania moich stopni. I tu okazało się, że jestem całkiem niezła. Może i urodę miałam nie nachalną, psujące się zęby, skromne ubranie, ale ... miałam doskonałe stopnie, w zasadzie ze wszystkich przedmiotów. W tym momencie odezwał się w nas obu duch rywalizacji :)

Nawiązała się między nami bardzo dziwna relacja. Czasami byłyśmy dobrymi koleżankami, spędzałyśmy ze sobą czas wolny przed albo po szkole, Miałyśmy podobne zainteresowania. A potem, z niewiadomych przyczyn następował zwrot. Kasia D. zaczynała mi dokuczać, rysować karykatury, robić drobne świństewka. Potem następował kolejny zwrot i znowu spędzałyśmy ze sobą czas.  To, czego jej z całego serca zazdrościłam, to to, że uczyła się gry na pianinie. I była w tym naprawdę dobra. Czasami, przed szkołą spotykałyśmy się u niej w mieszkaniu i wówczas próbowała mnie nauczyć. Ale cóż... słuch u mnie absolutny, czyli absolutnie nic. A do tego nie potrafiłam skoordynować ruchów wszystkich palców w obu dłoniach naraz. Ale parę taktów jedną ręką potrafię zagrać do dzisiaj :)

Drugą koleżanką, z którą spędzałam mnóstwo czasu, była Ala T. Szkoła w Myszkowie była tak naprawdę zespołem szkół. Ogromny budynek, w którym mieściło się przedszkole, szkoła podstawowa, szkoła specjalna i liceum. A klasy były liczne. A, B, C, D to standard. Zdarzały się nawet klasy E. Tak więc, aby pomieścić całe to towarzystwo, nauka odbywała się na dwie zmiany. Ponieważ mieszkałam dość daleko od szkoły i rano nie miałam co ze sobą zrobić, najczęściej przychodziłam do Ali i spędzałyśmy razem czas. Chyba nawet siedziałyśmy razem w ławce, ale za to głowy nie dam. Nie pamiętam.

Trzecią, a dla mnie najważniejszą koleżanką była Kasia G. Byłam niesamowicie ostrożna w nawiązywaniu przyjaźni. Bałam się, że jeśli tylko z kimś się zaprzyjaźnię, będę musiała się rozstać. Ale z Kasią G naprawdę zaprzyjaźniłyśmy się. Do dzisiaj, chociaż nasze drogi się rozeszły, wspominam ją z wielką czułością. I wcale nie potrzebuję się z nią spotykać, żeby nadal uważać ją za najlepszą przyjaciółkę.

Tak więc towarzysko spełniałyśmy się we czwórkę. W różnych konfiguracjach. Ale to nie znaczy, że nie było nikogo więcej. Była cała, fajna klasa, z którą przeżyłam wiele sympatycznych chwil. Oczywiście w miarę możliwości i czasu, postaram się wszystko tu opisać. Niestety nie dziś, bo wzywają mnie obowiązki gospodyni domowej. I pies patrzy na mnie z wyrzutem... obiecałam spacer.

CDN

Od lewej: Kasia G, ja i Kasia D. Zdjęcie zrobione w szóstej klasie


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz