Nadszedł czas pójścia do szkoły :) W ogóle nie pamiętam przygotowań, zakupów czy pierwszego dnia w szkole. Naukę rozpoczęłam w szkole nr 5 w Zawierciu, w klasie I b. Nie pamiętam jak wyglądała moja wychowawczyni, ani żadnego dziecka. Za to pamiętam, że uczyłam się z elementarza Falkowskiego. Mieliśmy ławki z otworami na kałamarze i pisaliśmy obsadką ze stalówką maczaną w kałamarzu. Zawsze dzień rozpoczynał się od wniesienia proporczyka klasy i odśpiewania piosenki: " Gdy dzwoneczek się odezwie biegniemy do szkółki, by pracować ( tu zapomniałam) jak robocze pszczółki. Dana moja dana szkółko ukochana, chętnie cię witamy bo szczerze kochamy". I zapamiętałam jeszcze dzień, w którym przyszedł fotograf i robił nam zdjęcia w ławce, na tle dużej mapy. Gdzieś mi się to zdjęcie zapodziało przy licznych przeprowadzkach. Szczerze mówiąc nie wiem jak długo chodziłam do tej szkoły. Pewnej nocy zostałam wyrwana ze snu, na piżamkę mama ubrała mi tylko rajstopy i kurtkę. Uciekałyśmy...
W poczekalni dworca kolejowego stał piec kaflowy. I za tym piecem chowałam się, czekając na pociąg. Podszedł wtedy do nas jakiś bezdomny i podarował mi obrazek z Matką Boską Częstochowską. Powiedział, żebym się nie martwiła, że wszystko będzie dobrze...
Dla mnie rzeczywiście stało się dobrze. Wróciłam do ukochanych Ząbkowic, do ukochanych babć i cioci. Nie miałam ze sobą dosłownie nic. Po paru dniach zostałam zapisana do szkoły nr 4 na ulicy Ziębickiej. Teraz znajduje się tam przedszkole, do którego chodzi moja wnuczka. Mam niesamowity sentyment do tego budynku.
Babcia i ciocia zaopatrzyły mnie w najpotrzebniejsze ubrania i przybory i zaprowadziły do szkoły. Pierwszego dnia w nowej szkole również nie pamiętam.
Szkoła była malutka, kameralna. Wszyscy się ze sobą znali. W głębi podwórka znajdował się mały budynek, w którym pracowała higienistka szkolna i dentystka. Dentystka bardzo często zapraszała całe klasy na przegląd uzębienia. Kiedy miała zastrzeżenia co do stanu naszych zębów wzywała do swojego gabinetu tortur. Wiadomo, że nikt dobrowolnie nie chciał tam się znaleźć. W doprowadzaniu delikwenta do gabinetu brała udział cała szkoła :) Oprócz przeglądów pani dentystka rozdawała nam również tabletki do fluoryzacji zębów. Do dziś pamiętam i czuję ich bananowy smak. Każdy chciał być na końcu tego rozdawania, bo ostatni otrzymywał buteleczkę i dwie tabletki.
Nauka w szkole przebiegała miło i przyjemnie. Oprócz szkolnych znajomości kwitły nasze uliczne przyjaźnie. Bo moje pokolenie w zasadzie wychowywała ulica. Na ulicy bawiliśmy się wszyscy razem, bez względu na wiek. Starsi opiekowali się młodszymi. Zabawa absorbowała nas do tego stopnia, że ściągnięcie nas wszystkich do domu wymagało ogromnego wysiłku od rodziców i opiekunów. Czasami szkoda nam było czasu na posiłek, więc co i rusz rozlegał się okrzyk: mamo (babciu) rzuć mi chleba ze smalcem! Oczywiście większym wypasem był chleb z masłem i cukrem, a największym ( który niestety wymagał osobistego odbioru) chleb ze śmietaną kremówką i cukrem. Wychodziło się z taką kromką i ... zewsząd rozlegał się okrzyk;z ciebie! No, chyba że zdążyło się krzyknąć: nic ze mnie! Wtedy można było zjeść wszystko samodzielnie. Ale tak naprawdę dzieliliśmy się wszystkim. Te uliczne, podwórkowe przyjaźnie przetrwały do dzisiaj i są zdecydowanie mocniejsze i trwalsze od znajomości z facebooka :)
O "dorosłości" świadczyła szkolna teczka. Małolaty nosiły na plecach tornistry. Mniej więcej w czwartej klasie można było zacząć nosić teczkę z paskiem na jedno ramię. Bardzo chciałam mieć taką teczkę, a byłam dopiero w trzeciej klasie. W końcu babcia mi uległa i kupiła. Pamiętam, że była granatowa. Po skończonych lekcjach wracaliśmy do domów większymi grupami. Nie wiem co nas podkusiło, żeby sobie tę drogę utrudnić. Postanowiliśmy iść przez boisko szkolne i przeskoczyć po kamieniach rzeczkę. W tak ekstremalnych wyczynach tornister byłby wygodniejszy, ale ja miałam już swoją wymarzoną teczkę. Aby ułatwić sobie drogę postanowiłam przerzucić przez rzeczkę najpierw teczkę, a następnie przeskoczyć. Zamachnęłam się z całej siły i... niestety teczka stoczyła się po skarpie i wpadła do wody. Popłynęła z prądem :) Biegliśmy wzdłuż brzegu i próbowali ją wyłowić. Niestety zatrzymała się dopiero przy mostku na ulicy Partyzantów. Wszystkie książki, zeszyty, ćwiczenia rozmokły się doszczętnie. A to nie były czasy, w których można było pójść do księgarni i kupić nowe. O rety, jak ja się bałam wrócić do domu. Wymyśliłam, że to chłopaki ze starszej klasy wrzucili mi teczkę do wody. Nie spodziewałam się, że w moją babcię wkroczy taki bojowy duch i będzie chciała natychmiast dochodzić sprawiedliwości. Musiałam się przyznać. Za karę przepisywałam wszystkie ćwiczenia wypełniane od początku roku do zeszytów. Przepisywałam również zeszyty. O estetykę moich książek i zeszytów dbała ciocia i nie było zmiłuj :) Na przepisywałam się w czasie swojej edukacji, ale wyszło mi to na dobre.
Muszę przyznać, że ten czas swojego dzieciństwa wspominam najlepiej. Miałam mnóstwo koleżanek i kolegów, urodziła się moja najukochańsza kuzynka Monika, ciocia z wujkiem traktowali mnie jak swoje dziecko, a rodzina wujka stała mi się bardzo bliska. Spędzałam wakacje na wiosce zdobywając nowe doświadczenia. Pamiętam jak nie mogłam doczekać się wykopków i zapytałam: ciociu, kiedy w końcu pójdziemy zrywać te ziemniaki ? Wyobrażałam sobie, że ziemniaki rosną na krzaczkach :) Bardzo długo wypominali mi tę wpadkę. Pewnie, gdyby żyli, do dziś mieliby ubaw z moich rolniczych umiejętności.
Kiedyś, z koleżankami z ulicy, które chodziły do wyższej klasy, postanowiłyśmy wyruszyć na wyprawę. Nie wiem co wówczas wyobrażałyśmy sobie i na czym ta wyprawa miała polegać, no i oczywiście dokąd miała prowadzić. Rozpoczęłyśmy przygotowania od gromadzenia prowiantu. W piwnicy u koleżanki składałyśmy wszystko, co udało nam się zdobyć. Nie było tego dużo, jakieś konserwy i parę pomidorów. Wreszcie nadszedł ten czas. Do teczek zamiast książek spakowałyśmy nasze skarby i wyruszyłyśmy... na łąkę przy wodociągach :) Spędzałyśmy miło czas, aż zachciało nam się jeść. Niestety konserwy z naszego dzieciństwa wymagały użycia otwieracza, którego oczywiście nie miałyśmy. Zmasakrowałyśmy konserwy kamieniem, ale efekt był mizerny. W związku z tym postanowiłyśmy zakończyć naszą wyprawę. Ale... na łące pojawiły się dziewczynki z osiedla ( wojny terytorialne były na porządku dziennym i obejmowały wszystkie roczniki) i rozpoczęłyśmy potyczkę. Na początku słowną, a następnie przystąpiłyśmy do rękoczynów. W wyniku bitwy wylądowałam w rzeczce, przemoczona do suchej nitki :) Bitwa się zakończyła, a ja znowu bałam się wrócić mokra do domu. Moje koleżanki postanowiły wysuszyć ubranie i biegały po łące z częściami mojej garderoby zawieszonej na patyku. Trochę to trwało, ale udało nam się powrócić do domów na czas i nasze wagary pozostały naszą tajemnicą.
To był naprawdę fantastyczny czas. Zakończył się wraz z trzecią klasą, po której upomnieli się o mnie rodzice. I znowu z wielkim bólem i niechęcią musiałam jechać do Zawiercia. Ale o tym w następnym wpisie :)
CDN

Elementarz Falskiego 😜
OdpowiedzUsuńDodałam zdjęcie okładki elementarza :) To był jeden z lepszych podręczników do nauczania początkowego. I można było przekazać książkę młodszym, bo podręczniki nie zmieniały się tak szybko jak teraz :)
Usuń"Z ciebie?" Haha! Świetne hasło. U nas (w Gorzowie Wlkp.) wołało się "spóła!!!". I delikwent posiadający cokolwiek , czy to zabawkę czy jedzenie (picie) musiał się tym podzielić lub udostępnić. Niestety, nie pamiętam jakie było zawołanie które blokowało "spółę". Szkoda...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam. Tomek K.