niedziela, 8 marca 2015

Powrót na ulicę Smutną

Lato 1979 r. Pożegnałam przyjaciół z ulicy, bo tych ze szkoły nie miałam okazji pożegnać. Decyzja o moim zamieszkaniu z rodzicami zapadła nagle. Być może mama czuła się osamotniona i zapragnęła mieć mnie przy sobie? W życiu rodziny nastąpiły zmiany. Rodzice zajęli się biznesem. Wówczas nazywano to prywatną inicjatywą. Kiosk 1001 drobiazgów. Ponownie zamieszkaliśmy z rodzicami ojczyma, ale już w znacznie większym pokoju. Do pracy dojeżdżali do pobliskiej miejscowości, do Myszkowa.

Pomimo tego, że zostawałam w domu sama, nie czułam już osamotnienia. Nabrałam wprawy w nawiązywaniu nowych kontaktów. Mój świat rozszerzył się poza ulicę Smutną. Okazało się, że w pobliżu mieszkało całkiem sporo moich rówieśników. Nowe znajomości kwitły. No i oczywiście miałam już przyszywane kuzynostwo Renię i Darka, wraz ze wszystkimi ich znajomościami. Często u nich nocowałam, a nawet zostawałam na parę dni. Bardzo miło wspominam czas spędzony z Renatą i Darkiem. W zasadzie nigdy nie nudziliśmy się, bez względu na pogodę. W pogodne dni chodziliśmy na wyprawy do pobliskiego lasu, zbierali jagody, budowali szałasy, bawili w partyzantów bądź Indian. Wszystko zależało od tego, jaki film oglądnęliśmy w teleferiach :) A w pochmurne i deszczowe dni do zabawy zaadaptowaliśmy cały strych. Nie mam pojęcia skąd braliśmy wszystkie stroje, peruki, suknie, w które przebieraliśmy się bawiąc w teatr czy królestwo.

Wakacje dobiegły końca. Znowu przyszło mi stanąć przed grupą zgranych już ze sobą dzieciaków i zaprezentować się jak najlepiej. Wróciłam do szkoły, w której rozpoczynałam swoją naukę, niestety do innej klasy. Nie miało to dla mnie znaczenia, ponieważ nie pamiętałam nikogo z pierwszej klasy. Pamiętam pierwszy dzień nauki. Przyszłam do szkoły w błękitnym fartuszku ( to były czasy, w których do szkoły chodziło się w stylonowych fartuszkach z białymi kołnierzykami), białej, plisowanej spódniczce, uczesana w kucyki z wielkimi kokardami. Ustawiłam się pod klasą i czekałam z innymi na dzwonek. To była już czwarta klasa, czas, w którym dziewczynki i chłopcy okazywali się istotami z zupełnie obcych sobie planet :) Chłopcy zaczepiali dziewczynki w różny sposób, tworzyły się grupy wciągające się na zmianę do łazienek. Zabawa polegała na tym, że paru chłopców wciągało dziewczynkę do męskiej toalety, a dziewczyny w rewanżu wciągały chłopaka do damskiej. Każda epoka ma swoje zwyczaje. Przyglądałam się tym poczynaniom z boku, bo jeszcze nie należałam do grupy. Byłam tą nową. W pewnej chwili jeden z chłopców podbiegł do mnie i podniósł mi spódnicę z okrzykiem: kino za darmo! Nie wiem co we mnie wstąpiło. Rzuciłam się na chłopaka i zaczęłam go okładać pięściami. W końcu siedziałam na nim okrakiem i tłukłam ze wszystkich sił, aż zostałam siłą z niego ściągnięta. Nie był to najlepszy sposób na nawiązanie relacji, ale ... chłopakom się to spodobało. A ja przez parę miesięcy za skarby świata nie ubrałam spódnicy.

Nie pamiętam imion ani nazwisk moich koleżanek i kolegów z tamtej klasy, ale pamiętam parę epizodów. Podprowadziłam z domu dwa papierosy, które schowałam w pudełku z chińskimi kredkami świecowymi :) Nie mam pojęcia po co to zrobiłam. Pokazałam te papierosy jakiejś koleżance, która postanowiła za nas obie, że pójdziemy je wypalić na przerwie, w krzakach za szkołą. Zdaje się, że poszłyśmy w te krzaki i wypaliły, ale czy nam smakowały??? Raczej nie, bo do dnia dzisiejszego nie palę papierosów.
Nauka w szkole odbywała się na dwie zmiany. Tak, teraz to nie do pomyślenia, ale klasy w moich szkolnych czasach liczyły ponad 30 osób, a nauka, jak już wspomniałam, odbywała się na dwie zmiany. Czasami lekcje zaczynaliśmy dopiero o godzinie 12. Rodzice byli już w pracy, należało więc zagospodarować sobie czas. W szkole w Zawierciu modne były tzw dobre uczynki. Na czym to polegało? Uczniowie mieli założone zeszyty dobrych uczynków. Chodzili po sąsiadach, czy pobliskich sklepach, kioskach i szukali sposobności wykonania jakiegoś dobrego uczynku. Pozamiatania podwórka, czy umycia wystawy sklepowej, popilnowania dziecka, zaniesienia siatki z zakupami czy zrobienia zakupów. Osoba, która była adresatem dobrego uczynku, dokonywała wpisu do zeszytu. Wszyscy rywalizowaliśmy ze sobą na ilość dobrych uczynków, bo to była przepustka do lepszego stopnia ze sprawowania. Bardzo miło to wspominam i uważam za doskonały sposób wychowawczy.

Czwarta klasa to czas, w którym zaczynało się świętować urodziny zapraszając koleżanki i kolegów. Pamiętam, że zostałam zaproszona na takie przyjecie do jednego z kolegów. Zaopatrzona w stosowny prezent ( najczęściej dawało się książki) poszłam na przyjęcie. Kolega mieszkał zaledwie dwie przecznice ode mnie. Po skonsumowaniu tortu, kanapek i paluszków należało zainicjować jakąś zabawę. Moje pokolenie najlepiej bawiło się na świeżym powietrzu. Poszliśmy więc na podwórko pobawić się w chowanego. Okazało się, że podwórkiem kolegi był... stary żydowski cmentarz. Miał jeszcze lepszą jazdę niż ja, bo ja miałam cmentarz za płotem, a on miał za domem. Bawiliśmy się w chowanego, kryjąc się za zdewastowanymi nagrobkami. Jakoś tak utkwiło mi to w pamięci...

Popołudnia i wieczory spędzałam przeważnie sama. Raczej się nie nudziłam. Kiedy tylko pogoda nie pozwalała na zabawę na zewnątrz, urządzałam w kartonie domek dla lalek. Generalnie nie bawiłam się lalkami, ale lubiłam robić im ubranka na szydełku, czy urządzać domek. Meble kleiłam z pudełek po zapałkach, szyłam firanki, robiłam dywaniki. W końcu postanowiłam domek oświetlić. Budowałam lampki łącząc małe żaróweczki z bateryjką. Wszystko działało bez zarzutu. Ale we mnie obudził się duch naukowca. Zapragnęłam doświadczeń. Mieliśmy nocną lampkę, taką ze zwykłą żarówką z dużym gwintem. Zastanowiło mnie, co się stanie, kiedy wykręcę żarówkę i zastąpię ją malutką żaróweczką od bateryjki??? Musiałam sprawdzić :) Wykręciłam żarówkę, w otwór wrzuciłam żaróweczkę i włączyłam lampkę do prądu. O rety, nie wiem, czy to był zbieg okoliczności, czy moje działanie. Żaróweczka strzeliła i...wysadziło korki w całym domu. Jakby tego było mało, zgasło światło na całej ulicy. Nie macie pojęcia, jakiego miałam stracha. Zachowałam na tyle przytomności, żeby wyłuskać żaróweczkę z lampki i ponownie wkręcić żarówkę. Szybciutko byłam przebrana w piżamę i ... spałam jak aniołek. Co złego, to nie ja.

Nadeszła zima. Zimę 1979/1980 ogłoszono zimą stulecia. Na obrzeżu miasta znajdował się akwen wodny. Ślizganie się po zamarzniętych zbiornikach wodnych było dość powszechne. Ja na szczęście miałam dość daleko do tego lodowiska. Na gwiazdkę dostałam łyżwy figurówki, takie o jakich marzyłam. Ślizgałam się po cmentarnych alejkach, nabierając wprawy w jeździe. Przyszły ferie i znowu mogłam spędzać czas z kuzynami. Koło ich szkoły zrobiono lodowisko, więc nasze zabawy były jak najbardziej bezpieczne. Tyle, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Pod koniec ferii, w akwenie utopiła się jakaś dziewczynka z naszej szkoły. Nie znałam jej osobiście, ale całą szkołą poszliśmy na pogrzeb. To, co utkwiło mi w pamięci, to ogromna rozpacz rodziców tego dziecka i to, że matka nalegała na otwarcie trumny. Trumnę otworzono. Zobaczyłam wtedy ciało dziecka ubranego w białą komunijną sukienkę i wianuszek. To było pierwsze zetkniecie ze śmiercią dziecka. Długo o tym wydarzeniu pamiętałam.

Moi kuzyni zarazili mnie pewną namiętnością... filatelistyką. Zbierałam wówczas różne rzeczy: opakowania po czekoladach, obrazki z gumy Donald, widokówki z postaciami z bajek, zwierzętami, dziećmi. Pamiętam do dziś serię widokówek z reprodukcjami portretów dzieci Wyspiańskiego.

Stanisław Wyspiański- Dzieci.Śpiący Staś 1904 r.

Na zbieraniu znaczków absolutnie się nie znałam. Ale ponieważ nastała moda na filatelistykę, dostałam od Darka mały klaser i kilka znaczków, które miał zdublowane, czyli taki zestaw startowy. Pokazano mi parę albumów, katalogów... czyli wiedza w pigułce. Niesamowicie wkręciłam się w te znaczki. Zgromadziłam kilka klaserów. Niestety, kiedy zostałam matką, pomyślałam, że zbieranie znaczków jest dziecinne i oddałam je bratanicy męża. Muszę ją zapytać, czy ma jeszcze te znaczki? Gromadzenie kolekcji wymagało wielu wysiłków, zawierania znajomości z sąsiadami, którzy dostawali korespondencję zza granicy, czy innymi zbieraczami. Niestety nie było allegro :( Filatelistyka to bardzo fajne hobby, ale chyba już zanikające. No cóż e-maile nie wymagają naklejania znaczka.

Któregoś dnia znowu nie miałam okazji pożegnać koleżanek i kolegów z klasy... Dowiedziałam się, że wyprowadzamy się do Myszkowa i tam będę kontynuować naukę.

CDN




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz