piątek, 13 marca 2015

Nie lubię pomidorowej zupy :)

Będąc małym dziecięciem obiecałam sobie ( a może tylko mi się wydaje, że obiecałam ), że moich dzieci nigdy nie zmuszę do jedzenia. W kanonie dziecięcego piękna, propagowanym przez niektórych rodziców, a przede wszystkim dziadków, dziecko powinno być okrąglutkie, pulchne i rumiane :) Taki obraz zdrowego dziecka propagowała również moja mama.

Ze swojego dzieciństwa pamiętam pewne sprzeczności żywieniowe: babcia Adela spełniająca wszystkie moje kulinarne zachcianki... i rodzice przymuszający do jedzenia leżącym na stole paskiem.

Największą traumę żywieniową przeżyłam jednak w Zawierciu :) Dziś opowiadam o tych doświadczeniach z humorem, ale zapewniam, że wówczas do śmiechu mi nie było.

Zawierciańskie zwyczaje żywieniowe oparte były głównie na mięsie. Im więcej i tłuściej, tym bogatszy dom. Kiedy już zamieszkaliśmy razem, musieliśmy dostosować się do zwyczajów. Na szczęście wspólne śniadania miały miejsce tylko w dni wolne. Kolacje... niestety codziennie. Główne menu śniadaniowo-kolacyjne składało się z plasterków wszelkiej wędliny: szynki, baleronu, boczku, kiełbasy podsmażonej na tłuszczu i podawanej na ciepło. Nikt nie zwracał uwagi, że żołądek małego dziecka nie jest w stanie przyjąć takiej ilości pokarmu, jak dorosłego. Dostawałam więc na talerz obowiązkowy zestaw i przystępowałam do konsumpcji. Do dziś mam odruch wymiotny na samą myśl o tych ociekających tłuszczem kęsach. Jedynym jasnym punktem na mym talerzu był pasztet pieczony przez panią babcię. Mama ojczyma nie była wzorem gospodyni. Tak naprawdę nie umiała gotować. Ale pasztet... wychodził jej mistrzowski. Pikantny, z chrupiącą skórką, palce lizać. Niestety nie mogłam poprzestać na pasztecie. Zestaw był obowiązkowy :) Męczyłam się więc nad talerzem, razem z wędlinami przełykając łzy. Dopuszczalne było pozostawienie na talerzu dwóch plasterków. Tylko, że owe pozostawione plasterki lądowały na wspólnym półmisku i były ponownie serwowane na kolejny posiłek. Nic nie mogło się zmarnować. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć jedzenia warzyw czy nabiału. Królowała wędlina...

Gdyby ktoś pomyślał, że to było najgorsze, popełniłby błąd. Najgorsza była zupa. W niedzielę nastawiany był tradycyjny rosół. Jak w milionach innych domów. Rosół jak rosół był w porządku. Tylko, że na pięcio osobową rodzinę ten rosół był gotowany w garze wielkości kociołka do gotowania bielizny ( w czasach mojego dzieciństwa pralka automatyczna była marzeniem, pościel i ręczniki gotowało się w kotle ). W poniedziałek pozostały rosół był przerabiany na tradycyjną poniedziałkową pomidorową. Do tegoż gara wrzucany był pozostały z niedzieli makaron i ...zupka gotowa. Powiecie, nic strasznego. Owszem. Tyle, że zupa pomidorowa była rozlewana do garnków na: wtorkową pomidorową, środową pomidorową, czwartkową i piątkową i ustawiana na schodach prowadzących na strych. Wtorkowa była jeszcze ok, ale piątkowa... sama wychodziła z garnka. Kiedy po powrocie dziadka z pracy, jego żona rozpoczynała odgrzewanie tej wykwintnej potrawy, w całym domu rozchodził się okropny odór skisłej potrawy. Zjedzenie tego było ponad moje siły. Błagałam mamę, żeby zapisała mnie do szkolnej stołówki, ale ... przecież byłam niejadkiem, na pewno płacili by na darmo. Kiedy już wyprowadziliśmy się z Zawiercia, zupa pomidorowa całkowicie wypadła z mojego jadłospisu. Po latach wróciła, ale tylko z dodatkiem ryżu.

Innym dziwnym zwyczajem było obdarowywanie mnie czekoladkami. Czekoladki, które dostawałam pokryte były już białym nalotem. I znowu niewdzięczna, nie chciałam ich jeść.

Ale nie wszystko było złe. Muszę przyznać, że babcia ( nie była tak naprawdę moją babcią, ale tak kazała na siebie mówić) piekła fantastyczny drożdżowy placek z kruszonką. I z całych sił staram się, żeby w mojej pamięci pozostał pasztet i placek z kruszonką! Precz z piątkową pomidorówką :)

Korzyść z moich kulinarnych doświadczeń odniosły moje dzieci, rodzeństwo, a teraz wnuczka. Nigdy nie zmuszałam i nie nakłaniałam siłą do jedzenia. Żadne tam za mamusię, za tatusia... Dziecko zdrowe nie musi być rumiane. Pamiętajcie o tym. I ważną rzeczą jest to, żeby w pamięci pozostały im smaki dzieciństwa, dla których będą chciały wracać do rodzinnego domu. Ja niestety jestem miłośniczką jedzenia stołówkowego. I przykładam ogromną wagę do świeżości produktów. Takie dziwactwo mi pozostało :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz