Można by pomyśleć, że bycie rodzicem to łatwe zadanie. Niestety nie. A bycie rodzicem, który wstępuje w nowy związek, to chyba najtrudniejsza życiowa rola. Można swoim postępowaniem wyrządzić wiele szkód, zwłaszcza swojemu dziecku. Często kobieta, matka, ma ogromny żal do byłego partnera i ze wszystkich sił chce odpłacić pięknym za nadobne. Co robi??? Używa dziecka. Ja ci pokażę, nie zobaczysz dziecka, nie będziesz widział jak dorasta, ominął cię wszystkie ważne wydarzenia... I w tym miejscu zapomina się o osobie ponoć najważniejszej, o dziecku.
Taka sytuacja zdarzyła się w mojej rodzinie. Kiedy rodzice postanowili założyć nowe związki, potraktowali mnie jak kartę przetargową. Nie wiem czy mój ojciec zabiegał o kontakt ze mną, ale na pewno kontaktu chciała moja babcia, dziadek, chrzestna... A zostałam go pozbawiona. Całe moje dzieciństwo opowiadano mi bzdury o tym, że zostanę przez rodzinę ojca porwana. Od chwili wyjazdu z Ząbkowic straciłam kontakt ze wszystkimi. Oderwano mnie od moich korzeni i siłą próbowano zaszczepić na obcym mi i nieżyczliwym gruncie. Bo dlaczego niby miałam mówić babciu czy dziadku do obcych mi ludzi? A tego wymagał ode mnie ojczym. Wymagał również, żebym mówiła do niego "tatuś".
Ważnym wydarzeniem w życiu dziecka jest Pierwsza Komunia Święta. Niczym się od innych dzieci nie różniłam, również przeżywałam ten dzień. W tak ważnym dniu powinna dziecku towarzyszyć rodzina. Nie pamiętam swojego przyjęcia komunijnego ze szczegółami. Na pewno nie było na nim mojego ojca, babci, dziadka i chrzestnej. Niedawno przeglądałam zdjęcia i zapytałam mamę, dlaczego na zdjęciu z komunii nie ma oprócz jej nikogo z mojej rodziny??? Nie potrafiła odpowiedzieć, bo pomimo upływu lat, wojna pomiędzy moimi rodzicami trwała. pewnie o alimenty. Tak więc na zdjęciu jestem ja, mama i cała rodzina mojego ojczyma, czyli obcy mi ludzie. O więziach świadczy również fakt, że do fotografii nie stanęła również babcia Ziuta czy siostra mamy, ciocia Maryla. Chociaż one w przyjęciu uczestniczyły. Nie mogło być inaczej, przecież do końca trzeciej klasy mieszkałam z babcią i ciocią i wujkiem, więc obligatoryjnie byli na moje przyjęcie zaproszeni :)
na fotografii od lewej: przyszywana ciocia Irena, wujek Staszek, teściowa mamy, przyszywana kuzynka Renata, moja mama, ojczym i jego ojciec, z przodu ja i przyszywany kuzyn Darek
Jak przyjęcie to i prezenty :) Tu pewnie zawiodę młode pokolenie, bo za mojego dzieciństwa prezenty były nader skromne. Najlepszy dostałam od cioci Maryli: rower produkcji radzieckiej o nazwie MOTOCROSS. To był naprawdę cudowny rower. Coś na wzór późniejszych BMX. Nie do zdarcia aż do momentu kiedy na świecie pojawił się mój brat i dorósł do tegoż roweru :) On mu poradził. Oprócz roweru pamiętam tylko jeden jeszcze prezent. Dostałam go od chrzestnego. Mój chrzestny to oddzielna historia. Przyjechał do mnie na komunię, ale cały w strachu, żeby ktoś przypadkiem nie zauważył, że wszedł do kościoła. Pełnił jakąś poważną funkcję w PZPR, Kiedy fotograf umieścił nasze zdjęcie na wystawie zakładu, mój chrzestny mało nie dostał zawału ze strachu. Widziałam go jeszcze tylko raz, kiedy byłam już dorosła. Nie mam pojęcia czy jeszcze żyje i co się z nim dzieje. Ale wróćmy do prezentów. Prezent od chrzestnego świadczył o jego wiedzy na mój temat :) Otóż dostałam od niego złoty łańcuszek z wisiorkiem. Wypas. Tyle, że na wisiorku widniał symbol wagi, znaku zodiaku, który nijak nie pasował. Tak się bowiem składa, że ja jestem spod ryb. Może mojemu chrzestnemu wydawało się to nieistotne? Łańcuszek z wisiorkiem zaczęła nosić moja mama i pewnego dnia po prostu go zgubiła. Trochę szkoda. Nie dlatego, że czułam do niego jakikolwiek sentyment, tylko dlatego, że moja pierwsza córka jest spod znaku wagi. Miałaby wisiorek z historią, a tak...przepadło.
Wraz z komunią i końcem roku szkolnego 78/79 skończyło się moje beztroskie dzieciństwo u babci i cioci. Mama z ojczymem postanowili, że znowu musimy być rodziną i ponownie zabrali mnie do Zawiercia.
CDN


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz