Zaletą mieszkania daleko od szkoły było to, że mogłam, a nawet musiałam poznać okolicę. Ale Myszków, jako miasto mnie nie zachwycił. No cóż, urodziłam się w mieście z bogatą historią, z wieloma zabytkami i miejscami godnymi polecenia. A Myszków otrzymał prawa miejskie zaledwie w 1950 roku. Mentalność mieszkańców była również inna, niż ząbkowicka. Wiąże się to z tym, że w Ząbkowicach znaliśmy się wszyscy, a w Myszkowie byłam obca. Centralnym punktem miasta był dworzec kolejowy. Nie było rynku ani żadnego placu. Nie pamiętam parku. Za to kolej była ciekawostką. Była to XIX wieczna kolej Warszawsko - Wiedeńska ( taka zapamiętana przeze mnie ciekawostka). Myszków, było to miasto przemysłowe. Fabryka naczyń emaliowanych, papiernia, fabryka pralek "Światowid". Tyle zdążyłam zaobserwować. W drodze do szkoły przechodziłam codziennie przez most nad Wartą i mijałam tory kolejowe. Sklepów też nie było za dużo.
Jest rok 1980. Zaczyna się kryzys. Ówczesne rozgrywki polityczne są mi obce. Moi rodzice prowadzą prywatny biznes i sprawy związków zawodowych ich nie dotyczą. Nie mogę powiedzieć, żeby brakowało nam pieniędzy. Brakowało podstawowych produktów. Aby kupić lepszy kawałek mięsa, stoi się w kolejkach nocami. To samo dotyczy zakupu mebli, telewizora czy innych produktów AGD. Ale jakoś zdobywało się wszystkie, niezbędne rzeczy. Idąc do szkoły zawsze byłam zaopatrzona w gotówkę. Uwielbiałam ustawiać się w kolejkach i zdobywać różne frykasy: kawę, herbatę, cytryny... Z cytrynami związana jest pewna anegdota. Zdarzenie to uzmysłowiło mi, jak bardzo jestem w tym mieście, regionie, obca :)
Szłam ze szkoły. Przeszłam już kładkę kolejową i zbliżałam się do rzeki. W pewnym momencie ujrzałam kobietę niosącą w siatce cytryny. Ponieważ mój ojczym uwielbiał herbatę z cytryną, zapytałam owej pani, gdzie kupiła cytryny. Pani odpowiedziała, że na stacji. Zawróciłam szybciutko i pobiegłam na dworzec kolejowy, bo dla mnie "na stacji" było równoznaczne z dworcem kolejowym. Jak już się tam znalazłam, zaczęłam poszukiwania sklepu. Niestety jedynym miejscem, w którym ewentualnie mogłam nabyć cytryny był dworcowy bar. Poprosiłam wiec panią barmankę o kilogram cytryn. Pani spojrzała na mnie dziwnie i powiedziała, że może mi sprzedać cytryny, ale jedynie w plasterkach. Nie zamierzałam ustąpić, bo widziałam wyraźnie, że pewna pani niosła w siatce piękne cytryny w całości. Więc o żadnych plasterkach mowy być nie mogło :) Pani barmanka zadała mi pytanie: -Dziecko, ty długo mieszkasz w Myszkowie?- Od dwóch miesięcy, a dlaczego pani pyta? - Bo gdybyś pochodziła z Myszkowa, to wiedziałabyś, że na stacji, w języku miejscowych znaczy to samo co w innych miastach: w rynku, w mieście, w centrum...
Kupiłam cytryny w sklepie zwanym kaflokiem. I na zawsze zapamiętałam, co znaczy kupić coś na stacji.
Lubiłam szkołę. Lubiłam też swoją klasę. Mieliśmy bardzo mądrą wychowawczynię. Była polonistką i nazywała się Janina Wrona. W szkole duży nacisk kładziono na zintegrowanie klasy. A każdy wie, że klasy najbardziej integrują się na wycieczkach. Jeździliśmy więc na wycieczki, organizowali wyjścia na prażonki, wspólnie świętowaliśmy pierwszy dzień wiosny i dzień wagarowicza. Prażonki, to najlepszy ze znanych mi zwyczajów. Niech się schowają wszystkie grille świata. Były lokalnym zwyczajem. Przygotowywało się je w żeliwnym garze, zamykanym na śrubę. Na dno kładło się liść kapusty. Następnie kroiło się w plastry: ziemniaki, buraki, marchew i kiełbasę. Dobrze było tez dodać plastry boczku. Wszystko układało się w garnku warstwami i doprawiało jedynie solą i pieprzem. Na koniec przykrywało się ostatnią warstwę liściem kapusty, zamykało garnek i wkładało do ogniska. Czas oczekiwania na prażonki urozmaicaliśmy sobie grami i zabawami. Skakaliśmy w linkę, grali w zbijaka, zgadywanki, kalambury. Nigdy nie nudziliśmy się. Były to fantastyczne klasowe spotkania. W żadnej ze szkół nie zaliczyłam więcej klasowych wycieczek jak w Myszkowie.
Prażonki :)
W roku 1980 zostałam... starszą siostrą. Ale to wydarzenie zasługuje na całkiem osobny wpis.
CDN

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz