poniedziałek, 23 marca 2015

Zaaklimatyzowanie się w nowej szkole przyszło mi łatwo. Znalazłam swoje miejsce, bliższych i dalszych znajomych, mogłam rozwijać zainteresowania. Gorzej poszło mi przyzwyczajenie się do miasta. W końcu urodziłam się w mieście, którego historia sięgała 1280 roku, pełnego zabytków, ciekawostek. A tu przyszło mi mieszkać w miejscu o nieciekawej zabudowie, które prawa miejskie otrzymało w 1950 roku, gdzie ludzie chodzili na stację, zamiast do centrum czy do rynku :) Ale jak wcześniej wspomniałam, mieliśmy mądrą wychowawczynię, która doskonale wiedziała jak zintegrować klasę. W żadnej z innych szkół nie jeździłam na więcej wycieczek, jak z myszkowską klasą. A okolica była naprawdę ciekawa. Myszków leży na skraju Jury Krakowsko- Częstochowskiej. Dookoła gęste lasy, jeziorka. Wystarczyło tylko wsiąść na rower. 

Z klasą jeździliśmy na dalsze, autokarowe wycieczki. Te, które zapamiętałam odbyliśmy do Opola i Muzeum Wsi Opolskiej 


to część mojej klasy :) ja: druga od lewej


oraz wycieczkę po Beskidzie Śląskim. Na szczycie Czantorii bawiliśmy się w przekraczanie granicy. Wbiegaliśmy za słup graniczny, żeby chociaż przez chwilkę pobyć za granicą. Teraz wydaje się to niemożliwe, ale w moich szkolnych latach wycieczka za granicę była niedostępna dla zwykłych obywateli. Kiedy teraz czytam na portalach żale wylewane przez ludzi, że muszą wyjeżdżać za granicę, żeby przeżyć i z tego powodu są tacy nieszczęśliwi, to żółć mi się wylewa. Nie wiedzą, co to znaczy nie móc wyjechać za granicę i też żyć w trudnych czasach, w których zakup schabu był nie lada osiągnięciem, a banany to wyłącznie świąteczny frykas i nie mieć wyboru ani możliwości poszukania dla siebie lepszego miejsca.


kolejką na Czantorię :) Kasia G i ja



w przerwie w podróży


Szkolne wycieczki pamięta się chyba najlepiej. Chociaż nie, najlepiej pamiętam swój pierwszy obóz harcerski :)
Do ZHP wstąpiłam będąc małym dziecięciem w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Jeszcze w Ząbkowicach. Babcia kupiła mi szary mundurek, zuchowy pas, pomarańczową chustę i beret. Cały nowiutki ekwipunek miałam przygotowany do ubrania na pierwszą zbiórkę. Babcia poprosiła mnie o pójście do sklepu po marchewkę. Jedyny otwarty w niedzielę jarzyniak znajdował się na ulicy Kościuszki ( teraz stoi tam sklep DALUX). - Beatko, idź do Kubacikowej i kup babci marchewkę.
Wiedziałam, jak dojść do jarzyniaka, ale bardzo się wstydziłam poprosić o marchewkę. Wydawało mi się, że jeżeli obok marchewki widnieje cena ( za kilogram) przewyższające posiadane przeze mnie środki, to nie mogę kupić jednej marchewki. Wróciłam więc do domu bez. Nie pomogły tłumaczenia babci, że na pewno starczy mi pieniędzy i że marchewka jest jej bardzo potrzebna. Poszłam do pokoju, ubrałam się w mój nowy mundurek i powtarzając sobie: "Zuch jest dzielny" poszłam po marchewkę. Mundur dodał mi odwagi i pewności siebie. 
W Myszkowie zapisałam się do drużyny harcerskiej. Oczywiście rywalizowałyśmy z Kasią D. o to, która ma być zastępową. Nie przyszło nam do głowy, żeby utworzyć dwa zastępy i każda mogłaby piastować wymarzoną funkcję. Tak więc, piastowałyśmy funkcję zastępowej naprzemiennie :)
W kwietniu 1980 roku przyszedł na świat mój braciszek ( 11 lat różnicy ). I chociaż byłam nim zachwycona, i jak tylko mogłam pomagałam mamie to wakacje chciałam spędzić z dala od niemowlęcych krzyków. Przeczytałam w szkole ogłoszenie o naborze na obóz harcerski. Postanowiłam jechać. Dostarczyłam więc wypełnioną kartę do hufca i zaczęłam odliczanie dni do wyjazdu na obóz. Moja wiedza o obozach pochodziła z książek: " Czarne stopy", "Nowy ślad czarnych stóp" czy "Księga strachów" więc moja niecierpliwość była uzasadniona. Plecak spakowałam dwa tygodnie przed wyjazdem. Mój brak doświadczenia objawił się już podczas pakowania, ale o tym napiszę wieczorem :)


To oczywiście ja :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz