Miewam problemy z chronologią. Ale po namyśle twierdzę, że nie ma ona większego znaczenia. Liczą się ludzie, miejsca, zdarzenia.
Między październikiem a listopadem 1980 roku rozchorowałam się. Była to odra. Pierwszych dni choroby nie pamiętam. Wysoka temperatura spowodowała utratę kontaktu z rzeczywistością. Pamiętam jedynie, że oprócz gorączki, bardzo przeszkadzało mi światło. Zaległam więc w łóżku, w czerwonej piżamie (nie wiem czy czerwony kolor miał jakieś medyczne podłoże, czy był następstwem zabobonu) i w zaciemnionym mieszkaniu. Kiedy już spadła gorączka zaczął się koszmar swędzącego ciała. Do dzisiaj to pamiętam. Nie mogłam spać w nocy. Wstawałam i szurałam gołymi stopami po sznurkowym dywaniku. Byłam skłonna zedrzeć skórę do krwi, aby tylko pozbyć się swędzenia. Wysypka na zewnątrz i wewnątrz ciała skutecznie utrudniała wszystkie niezbędne do życia czynności. Byłam nastolatką, względnie rozsądną i wytrzymałą. Niestety chorobą zaraził się mój brat. Miał wtedy 6 czy 7 miesięcy. Jego przebieg choroby był znacznie drastyczniejszy. Biedny maluch nie umiał się podrapać ani ulżyć w jakikolwiek sposób. Pamiętam jak bardzo płakał. W dzień i nocą. Czasami brakowało mu sił i zapadał w krótki sen. A wtedy biegłyśmy z mamą do wózka i nasłuchiwały, czy oddycha. W późniejszym czasie chorowaliśmy na ospę. Wszyscy: Mariusz, Ewelina, Amelka i Sylwia... i ja, mając 27 lat. Z całego towarzystwa przeszłam ospę najgorzej, ale i tak jej przebieg nie dorównał dotkliwością odrze z dzieciństwa. Moje dzieci zostały uwolnione od strachu przed chorobą, bo wprowadzono szczepienia. Ale wracajmy do 1980 roku :) Stan niemowlaka był ciężki. Przyjeżdżało pogotowie, lekarz podawał zastrzyki przeciwgorączkowe. Mnie się poprawiło, więc pomagałam mamie przy bracie. Była wykończona nieprzespanymi nocami. Pewnej nocy usnęła ze zmęczenia. Mariusz zaczął płakać a mama przywiązała sobie kołyskę do nogi i przez sen zaczęła go kołysać. Obudził mnie okropny wrzask. Zerwałam się z łóżka i ... widok, który zobaczyłam był równie tragiczny jak zabawny :) Mariusz leżał pod kołyską i wrzeszczał a mama na śpiąco kołysała zawzięcie kołyską. Podniosłam go z podłogi, uspokoiłam i położyłam do wózka. Bez intensywnego kołysania mój brat nie zasnął. Odra się skończyła, ale zaczęły się powikłania. To oskrzela, to krtań czy inne draństwo. Walcząc z chorobami dobrnęliśmy do grudnia.
Grudzień, wiadomo, przygotowania do świąt. Robiłyśmy z mamą porządki. Mama namiętnie zbierała kryształy. Miała ich mnóstwo. Co za tym idzie? Sporo mycia i polerowania :) Uporałyśmy się z porządkami w pokoju i poszły do kuchni. W pewnej chwili usłyszałyśmy brzdęk pękającego kryształu i dźwięk świadczący, że doszczętnie się rozsypał. Kryształom takie rzeczy się zdarzały. Ale... okazało się, że wszystkie były całe. Czyżby halucynacje słuchowe? Tylko, że słyszałyśmy to obie. W końcu zapomniałyśmy o zdarzeniu. Dzień przed Wigilią wracałyśmy z mamą od sąsiadki. Podchodząc do naszej furtki ujrzałyśmy kobietę wchodzącą do budynku. Byłyśmy od niej jakieś 10 metrów. Na gościa intensywnie szczekał pies. Rwał się na łańcuchu i w ogóle dziwnie zachowywał. Pomyślałyśmy, że to znajoma mamy przyszła w odwiedziny, więc postanowiłyśmy zrobić jej psikusa. Weszłyśmy do mieszkania, sprawdziły pokój, kuchnię (więcej pomieszczeń nie posiadaliśmy) i... nikogo nie było. Czyli gość poszedł na górę do sąsiadki.
Przyszły święta. W drugi dzień świąt rodzice poszli na przyjęcie do sąsiadów z drugiej strony ulicy. Ponieważ znowu byłam przeziębiona zostałam w domu. Leżałam w łóżku i czytałam książkę."Przygody Meliklesa Greka". Pamiętam do dziś. A wujek Google pozwolił mi nawet odnaleźć zdjęcie książki :)
Grudzień, wiadomo, przygotowania do świąt. Robiłyśmy z mamą porządki. Mama namiętnie zbierała kryształy. Miała ich mnóstwo. Co za tym idzie? Sporo mycia i polerowania :) Uporałyśmy się z porządkami w pokoju i poszły do kuchni. W pewnej chwili usłyszałyśmy brzdęk pękającego kryształu i dźwięk świadczący, że doszczętnie się rozsypał. Kryształom takie rzeczy się zdarzały. Ale... okazało się, że wszystkie były całe. Czyżby halucynacje słuchowe? Tylko, że słyszałyśmy to obie. W końcu zapomniałyśmy o zdarzeniu. Dzień przed Wigilią wracałyśmy z mamą od sąsiadki. Podchodząc do naszej furtki ujrzałyśmy kobietę wchodzącą do budynku. Byłyśmy od niej jakieś 10 metrów. Na gościa intensywnie szczekał pies. Rwał się na łańcuchu i w ogóle dziwnie zachowywał. Pomyślałyśmy, że to znajoma mamy przyszła w odwiedziny, więc postanowiłyśmy zrobić jej psikusa. Weszłyśmy do mieszkania, sprawdziły pokój, kuchnię (więcej pomieszczeń nie posiadaliśmy) i... nikogo nie było. Czyli gość poszedł na górę do sąsiadki.
Przyszły święta. W drugi dzień świąt rodzice poszli na przyjęcie do sąsiadów z drugiej strony ulicy. Ponieważ znowu byłam przeziębiona zostałam w domu. Leżałam w łóżku i czytałam książkę."Przygody Meliklesa Greka". Pamiętam do dziś. A wujek Google pozwolił mi nawet odnaleźć zdjęcie książki :)
W pewnym momencie, w mieszkaniu na piętrze ktoś zaczął chodzić, stukając obcasami. Trochę mnie to zdziwiło, bo sąsiadka była raczej wiekowa i chodziła w bamboszach, a nie na obcasach. Ale zaraz sobie przypomniałam, że jej syn odkupił od ojca takie męskie buty, które niemiłosiernie stukały. Przez moment zainteresowałam się intensywnością chodzenia, ale "wolność Tomku w swoim domku". W końcu nie było jeszcze późno. Wróciłam do lektury.
Kiedy po świętach sąsiadka nas odwiedziła, wspomniałam o tym stukającym chodzeniu. Sąsiadka ze zdziwieniem powiedziała, że przez cały czas razem z synem przebywali w gościach, a mieszkanie było puste. Wtedy wspomniałam również o kobiecie, która szła do niej dzień przed Wigilią...
Wiem, że trudno w to uwierzyć. Gdybym była sama świadkiem wydarzeń, uznałabym, że mam omamy. Ale byłam z mamą i szczekającym psem... Sąsiadka, chodź z niechęcią podzieliła się z nami rodzinną tajemnicą. Owa kobieta od lat przychodziła do ich domu w okresie przedświątecznym, bo był to czas... rocznicy jej śmierci. Mąż, brat sąsiadki, zabił ją na schodach. Nigdy w pełni nie poniósł kary, bo został uznany za niepoczytalnego. Innym niewygodnym dla sąsiadki faktem było to, że ten brat mieszkał w zamkniętym pokoju, sąsiadującym z naszym mieszkaniem. Stało się to powodem konfliktu i w niedługim czasie wynajęliśmy mieszkanie po drugiej stronie ulicy. Co prawda było ono większe i bez grzyba, ale za to cholernie zimne, z ubikacją na podwórku i wodą na korytarzu. Warunki spartańskie. Ale dostałam swój pierwszy pokój (w którym żyć dało się tylko latem).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz