W sąsiedztwie mieliśmy rozlewnię oranżady. Takiej słodkiej, kolorowej, zamykanej na korek ze sprężynką. Nigdy później nie piłam smaczniejszej :) Pod koniec tygodnia ustawialiśmy się w kolejce z drucianymi transporterami pełnymi butelek i wymienialiśmy je na pełne. Kolor... wedle życzenia: biały, żółty, czerwony, zielony.
Niech się chowają wszystkie napoje świata. Ta oranżada była bezkonkurencyjna. A co najważniejsze, nigdy nie było problemu ze zwrotem butelki. Zresztą nie tylko po oranżadzie. Pamiętam, że za jedną butelkę po mleku kupowałam bilet na basen. Zbieranie butelek to był niezły biznes, zwłaszcza dla nas, małolatów. W piątej klasie dostawałam już kieszonkowe. Pięćdziesiąt złotych tygodniowo.
W czasach kiedy gałka lodów kosztowała 1 zł, było to sporo. Ale musiałam dzielić kasę na przyjemności i na bieżące wydatki szkolne. W zasadzie starczało mi na wszystko.
Wielkimi krokami zbliżały się wakacje. Wakacje wiązały się z moim przyjazdem do Ząbkowic. Rezygnowałam z wyjazdów na obozy, aby tylko mieć możliwość spędzania czasu u babci. Był rok 1981. Ostatnie wakacje przed ogłoszeniem stanu wojennego. Gdzieś tam w Polsce odbywały się strajki, protesty... ale nas one nie dotyczyły. My mieliśmy swoje beztroskie dzieciństwo. Moi rodzice reprezentowali prywatną inicjatywę, więc strajki ich nie dotyczyły. A telewizja nie kwapiła się do relacji. Tak więc moja świadomość polityczna była znikoma.
W obecnych czasach rzecz nie do pomyślenia, ale mając 12 lat sama podróżowałam pociągiem na trasie Myszków- Ząbkowice Śląskie. Nie było to połączenie bezpośrednie. Zwykle przesiadałam się w Katowicach na pociąg relacji Kraków- Jelenia Góra. Znaleźć miejsce w okresie wakacyjnym graniczyło z cudem. Często spędzałam podróż stojąc w korytarzu, lub siedząc na plecaku :) Ale wygody były mi niepotrzebne. Liczyło się tylko to, że jadę do Ząbkowic. Znacznie wygodniej jechało się nocnym pociągiem, ale samotna podróż nocą była bądź co bądź niebezpieczna. Stałam więc na korytarzu i oglądałam krajobraz za oknem. Najpierw śląski, pełen dymu i zapachu spalin. A potem, w miarę jak oddalaliśmy się, wszystko się zmieniało. W Kędzierzynie Koźlu pociąg zatrzymywał się na dłużej. Zmieniano lokomotywę z elektrycznej na spalinową ciuchcię i wjeżdżaliśmy w inny świat. Z dala od wielkiego przemysłu. Mijając jezioro Otmuchowskie czułam się jak w domu. Na horyzoncie zaczynały się pojawiać zarysy gór... Potem już tylko Kamieniec Ząbkowicki i już stałam z plecakiem na plecach, gotowa do wyjścia. Każde postawienie nogi na mojej ukochanej ząbkowickiej ziemi wywoływało u mnie falę wzruszeń. Do domu babci szłam zwykle wolno, wchłaniając nozdrzami znajome zapachy. Jakże inne od tych śląskich. Co chwilę mijałam znaną mi osobę, co chwilę mówiłam komuś "dzień dobry". Byłam u siebie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz