wtorek, 14 kwietnia 2015

Zaniedbuję pisanie...Nie z braku szacunku dla czekających na ciąg dalszy, ani z lenistwa. Cierpię na brak czasu. Gdyby istniało ( być może istnieje, ale niestety takowego nie posiadam) urządzenie zapisujące moje myśli, nowy tekst pojawiałby się co parę minut :) Niestety, muszę używać klawiatury i to nieznacznie utrudnia mi życie. W swoich wspomnieniach utknęłam w roku 1980. Czas go opuścić... 
Rok szkolny 1980/1981. Piąta klasa. To już poważna sprawa. Być może się mylę, ale to właśnie piąta klasa jest pierwszym przełomem w życiu człowieka. Zajęcia odbywają się w różnych klasach, dochodzą nowe przedmioty, poznaje się wszystkie szkolne zakamarki. No i oczywiście nowych nauczycieli. W piątej klasie rówieśnicy zaczynają się od siebie różnić. Jedni bardzo szybko rosną, inni rozwijają się fizycznie. U dziewczynek pojawiają się piersi i w ogóle życie staje się trudniejsze. W kwietniu 1980 roku, zaraz po narodzinach mojego brata, przyjeżdża do nas babcia. Chce pomóc mamie przy niemowlęciu. Bardzo mnie to ucieszyło. Mało, że przyjechała do nas, przywiozła ze sobą Monikę, moją kuzynkę. Z Moniką byłam ( i nadal jestem) związana znacznie bardziej, niż z bratem. Tak długo na niego czekałam, a kiedy już przyszedł na świat, okazało się, że jedenaście lat różnicy wieku to przepaść. Poza tym miewał kolki, więc większość swojego niemowlęcego życia przepłakał, zakłócając tym mój nastoletni spokój :) Monika, to było co innego.

to ja z Moniką :)

W domu wszystko kręciło się dokoła malucha. Pomagałam jak umiałam. Byłam starszą siostrą. Niestety przyjście na świat dziecka nie poprawiło relacji pomiędzy mamą i jej mężem. Dlatego tak chętnie chodziłam do szkoły.
Miałam w końcu okazję uczestniczyć w życiu klasy od początku do końca roku szkolnego. 

Kto chodził do szkoły ten wie, że prawdziwe życie odbywa się na przerwach. W myszkowskiej szkole na każdym piętrze znajdował się ogromny hol. W czasie przerw byliśmy przymuszani do spacerów. Czasami żartowaliśmy, że chodzimy w kółko jak konie w cyrku.
Obecnie dyskutuje się nieustannie na temat wychowania seksualnego w szkołach. Wprowadzić, nie wprowadzić? Czy taką wiedzę dziecko powinno zdobywać w domu czy w szkole? Pomoże taka wiedza czy zaszkodzi??? Dyskutują ludzie, którzy sami w młodości zdobywali wiedzę metodą podwórkową. W większości rodzin nie rozmawiało się ani o seksualności człowieka, ani o takich zwykłych rzeczach jak dojrzewanie, miesiączka, higiena życia codziennego. W moim domu był to temat tabu. Swoją wiedzę zdobywałam głównie podczas spacerów na dużej przerwie. Któraś z koleżanek dostała pierwszą miesiączkę. Podczas przerwy dzieliła się z nami wrażeniami z  tego faktu, a pozostałe dziewczęta z wypiekami na twarzy słuchały jej relacji. Oczywiście każda dorzuciła jakąś zasłyszaną rewelację. Pamiętam, jak chyba Ala opowiadała nam z przejęciem, że w czasie miesiączki nie można się kąpać, bo jedna dziewczyna kąpała się i dostała krwotoku, i wykrwawiła się na śmierć. Żadna z nas nie próbowała zweryfikować zdobytej na przerwie wiedzy.
W piątej klasie zaczęliśmy organizować przyjęcia urodzinowe. Robiliśmy zaproszenia, rodzice przygotowywali poczęstunek. Główną atrakcją przyjęć były tańce przy muzyce z magnetofonu. Szczytem marzeń było posiadanie magnetofonu kasetowego, Kasprzaka albo Grundinga :) Chodziłam na te przyjęcia i bardzo mi się one podobały. Ale czas mijał i nieuchronnie zbliżał się termin moich urodzin. A ja bardzo się wstydziłam zaprosić kolegów do siebie do domu. Powodów było wiele. Nigdy nie miałam pewności co do zachowania ojczyma, mieliśmy tylko jeden, bardzo skromnie umeblowany pokój. No i nie miałam żadnego sprzętu grającego. Pomimo tego, że mieliśmy pieniądze, wyposażenie mieszkania było nader skromne. Głowa rodziny wolała szpanować gotówką przed kumplami, niż inwestować w dom. Los miał mnie w opiece. pomimo tego, że urodziny mam 24 lutego, pogoda była wówczas znakomita. Właściwie wiosenna. Zorganizowałam więc swoje urodziny na powietrzu... jako grę terenową, powszechnie zwaną podchodami. Dziś pewnie zakończyłabym ją ogniskiem. Wtedy nie przyszło mi to do głowy.
Trochę poprzestawiała mi się chronologia :)
Fajnym zwyczajem mojej klasy były mikołajki. Przed Mikołajem wychowawczyni robiła losy z naszymi nazwiskami. Potem każdy podchodził i losował nazwisko kolegi/koleżanki, dla którego przygotowywało się paczkę. Określaliśmy kwotę prezentu. Do dziś nie wiem, jak udawało nam się dotrzymywać tajemnicy. 6 grudnia wszyscy mieli niespodziankę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz