Podwórkowe życie towarzyskie było nawet ciekawsze niż szkolne. Moi podwórkowi koledzy chodzili do innej szkoły. Spotykaliśmy się po lekcjach. Pamiętam jedynie imiona: Asia, Robert, Zbyszek... Było ich więcej, ale nie mogę sobie przypomnieć, jak się nazywali. Pamiętam za to, że umieliśmy sobie wspaniale zagospodarować czas wolny. Okolica, w której mieszkałam przypominała wioskę. Na niektórych podwórkach hodowano zwierzęta gospodarskie. A kury, kaczki i gęsi chodziły swobodnie po uliczkach. Gęsi były naszym utrapieniem. Stały się traumą z dzieciństwa dla Moniki. Wyszłyśmy kiedyś obie wyrzucić śmieci. I wtedy te upierdliwe, pierzaste potwory nas zaatakowały. Monika miała zaledwie trzy lata i została dotkliwie poszczypana w pośladki. Tłukłam je na oślep wiadrem ze śmieciami, ale w żaden sposób nie chciały się odczepić. W końcu udało nam się uciec, ale od tej pory nie darzę tego ptactwa sympatią :)
Znalazłam w mapach Google dom, w którym mieszkałam. Ze zdjęcia wynika, że od 35 lat niewiele zmieniło się w tej okolicy.
W tym domu mieszkałam :)
Kiedyś wymyśliliśmy sobie, że będziemy odbywać wyprawy w nieznane. Wsiadaliśmy do pierwszego autobusu i jechaliśmy do ostatniego przystanku. Potem wracaliśmy szlakiem jak najbliżej domu. Kiedy brakowało nam sił, wracaliśmy autobusem. Okolica była piękna. W końcu to Jura Krakowsko-Częstochowska. Pamiętam dokładnie jedną wyprawę. Nie pamiętam nazw miejscowości, ale na szlaku znajdowały się wapienne jaskinie. Na początku zamierzaliśmy do nich zaglądać, ale zwyciężył rozsądek. Nie mieliśmy sprzętu ani potrzebnych umiejętności, więc zaniechaliśmy penetracji :) Wracaliśmy pieszo, okropnie zmęczeni i spragnieni. W pewnym momencie trafiliśmy na osadę, bo wioską nie można było tego miejsca nazwać. Ogromne pastwisko, a na nim koryta pełne wody. Jak szaleńcy zaczęliśmy kąpać się w tych korytach. W pewnym momencie z jednej z chat
(chata kryta najprawdziwszą strzechą) wybiegł mężczyzna i zaczął nas przepędzać. Już mieliśmy brać nogi za pas, ale w gruncie rzeczy byliśmy dobrze wychowani, więc postanowiliśmy przeprosić za swoje zachowanie. Uzyskaliśmy przebaczenie. To był bardzo miły dziadek. Zaprosił nas do swojej chaty i poczęstował chlebem z miodem i mlekiem. Wytłumaczył nam, że woda w osadzie jest na wagę złota, bo nie ma wodociągu. Ba... w tej osadzie nie było elektryczności. A był to rok 1981. Zachwyciło mnie w tej chacie to, że obok lampy naftowej ten pan miał mnóstwo książek. Na własne oczy mogłam zobaczyć, że marzenie Mickiewicza zostało spełnione:
"O gdybym kiedy dożył tej pociechy, żeby te księgi zbłądziły pod strzechy".
Organizowaliśmy sobie wyprawy piesze, autobusem, pociągiem, rowerem. Jeżeli chodzi o rower, to żebym mogła na nim jeździć musiałam sobie "zasłużyć". Pytać ojczyma o pozwolenie. Zapytałam więc, czy mogę w sobotę jechać z przyjaciółmi na rowerową wycieczkę? Odpowiedź krótka: nie!
Zaczynałam się buntować i przeciwstawiać choremu rygorowi. Zapytałam więc grzecznie, dlaczego nie mogę jechać? Bo nie masz karty rowerowej! Fakt, nie miałam karty. A gdybym zdobyła kartę, to będę mogła pojechać? Dostałam pozwolenie. Pewnie nie wierzył, że zdobędę kartę. Nazajutrz udałam się do Urzędu Miasta, do wydziału komunikacji i z marszu zdałam egzamin na kartę rowerową. Miałam na nią czekać tydzień, ale udało mi się przekonać urzędnika i dostałam ją do ręki tego samego dnia. I pojechałam.
Myszków i okolice.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz