A teraz opowieść drastyczna... w żadnym wypadku nie powinni tego czytać miłośnicy zwierząt. Najważniejsze jest to, że bohaterki tej opowieści nigdy więcej doświadczenia nie powtórzyły :) I tyle tytułem wstępu.
Sylwester roku 1983/1984. Oj, pozostał w pamięci wielu osób. Najczęściej opowiadany w formie anegdoty.
Mając lat prawie piętnaście dojrzałam do decyzji o zorganizowaniu sylwestrowej domówki. Oczywiście w pustym mieszkaniu mamy. Zebrałyśmy się w pięć osób: Mariola, jej kuzynki Grażyna i Bożena, koleżanka z mojej klasy Kasia R. i ja. Grażyna była jedyną osobą pełnoletnią w naszym gronie. Zaopatrzyła nas w dostępne w owym czasie wino typu "Sangria", sztuk jeden. I w temacie alkoholu to było wszystko. Obowiązkową muzykę puszczałyśmy z magnetofonu szpulowego, czterościeżkowego marki Grundig. Brzmi tajemniczo? Żeby mieć muzykę na tych taśmach, spędziłyśmy parę sobót na słuchaniu listy przebojów programu III Polskiego Radia, prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego. Strona duchowa była zabezpieczona, należało jeszcze zadbać o ciało. Mieszkanie było opuszczone, więc nie ogrzewane. A sylwestry kiedyś były mroźne. Trzeba było temu zaradzić. Zaangażowałyśmy więc młodszych braci Bożeny i Grażyny. A ci przytargali nam na sankach... worek z węglem. Aż bałam się zapytać skąd pochodził. A pochodził... z kotłowni Osiedla Słonecznego. Przebył na sankach długą drogę, bo moje osiedle i osiedle Słoneczne oddzielała wówczas jednostka wojskowa. Węgiel już miałyśmy, ale okazało się, że w domu nie ma żadnego wiadra. Jedynym znalezionym pojemnikiem był... dziecięcy nocnik. Posłużył nam za wiaderko. W zasadzie nie wiem dlaczego nie dokładałyśmy bezpośrednio z worka, tylko uparły się na wiaderko :)
A kiedy w domku zrobiło się już ciepło, dziewczyny, a właściwie tylko Mariola postanowiła skorzystać z kąpieli. To nie były czasy, w których wszyscy posiadali łazienki. Mariola dość długo zbierała się do kąpieli. W tym czasie dziewczyny dojrzały stojący w kuchni elektryczny rożen. O, jak fajnie byłoby zrobić kurczaczka z rożna... Rok 1983, nie ma w sklepach ogólnie i ciągle dostępnych kurczaków. Powzdychałyśmy trochę i sprawa kurczaka odeszła w niepamięć. Ale... Widocznie bracia Bożeny i Grażyny chcieli jakoś się przysłużyć temu sylwestrowi :) Wyszli po cichu z mieszkania. Wrócili po jakimś czasie z... żywym kurczakiem. W każdym bądź razie wydawało nam się, że z kurczakiem. Co my zrobimy z żywym kurczakiem??? Na to Bożena stwierdziła, że pochodzi ze wsi i doskonale wie, co należy zrobić. Zażądała ode mnie jakiegoś narzędzia mordu! Niestety, dysponowałam jedynie tępym, obiadowym nożem. I tym nożem Bożena przystąpiła do mordowania kurczaka... O matko! Uciekłyśmy wszystkie do pokoju. Biedne stworzenie zostało pozbawione życia w sposób bardzo drastyczny. Następnym etapem przygotowywania posiłku było pozostawienie zwłok w misce, w celu ... no właśnie, o co chodziło? Chyba, żeby krew wyciekła czy coś takiego. Zwłoki złożyłyśmy w misce, w łazience. I w tym momencie Mariola postanowiła się wykąpać. Napuściła wody do wanny, rozebrała się i... w tym momencie do kurczaka wróciły jakieś siły życiowe. W każdym bądź razie zaczął podskakiwać w tej misce, obryzgując krwią całe ściany w łazience. A nie były to niestety kafelki. Mariola z wielkim krzykiem wyskoczyła z wanny i nagusieńka wybiegła do pokoju. Zwłokami zajęła się oczywiście Bożena. Ja nie chciałam absolutnie na to patrzeć. Po ujarzmieniu zwierza, Bożena przystąpiła do skubania a potem do tych wszystkich czynności związanych z przystosowaniem do spożycia. I wtedy, w trakcie sekcji okazało się, że jest to kura, do tego nioska. Co by to nie znaczyło. Trudno, życie straciła, należało ją skonsumować. Opaćkana wszelkimi przyprawami trafiła na rożen. Tyle, że mięsa było z niej niewiele. Zresztą straciłyśmy apetyt.
W końcu dotrwałyśmy do północy. Przywitałyśmy Nowy Rok łykiem wina i położyłyśmy się spać. Żadnych ekscesów. Biedną kurę pamiętam do dziś. Miałam jeszcze trzy przypadki z żywymi zwierzętami przeznaczonymi do konsumpcji. Wszystkim darowałam życie :) W prawdzie wszystkie skończyły w garnku, ale nie z mojej ręki. Ba, ja ich nawet nie skonsumowałam :)
Ale, gdyby nie to zdarzenie z kurą, o czym miałabym pisać? A tak, sprawa kury jest co prawda plamą na mojej psychice, ale wyciągnęłam z tego doświadczenia wnioski.
A kiedy w domku zrobiło się już ciepło, dziewczyny, a właściwie tylko Mariola postanowiła skorzystać z kąpieli. To nie były czasy, w których wszyscy posiadali łazienki. Mariola dość długo zbierała się do kąpieli. W tym czasie dziewczyny dojrzały stojący w kuchni elektryczny rożen. O, jak fajnie byłoby zrobić kurczaczka z rożna... Rok 1983, nie ma w sklepach ogólnie i ciągle dostępnych kurczaków. Powzdychałyśmy trochę i sprawa kurczaka odeszła w niepamięć. Ale... Widocznie bracia Bożeny i Grażyny chcieli jakoś się przysłużyć temu sylwestrowi :) Wyszli po cichu z mieszkania. Wrócili po jakimś czasie z... żywym kurczakiem. W każdym bądź razie wydawało nam się, że z kurczakiem. Co my zrobimy z żywym kurczakiem??? Na to Bożena stwierdziła, że pochodzi ze wsi i doskonale wie, co należy zrobić. Zażądała ode mnie jakiegoś narzędzia mordu! Niestety, dysponowałam jedynie tępym, obiadowym nożem. I tym nożem Bożena przystąpiła do mordowania kurczaka... O matko! Uciekłyśmy wszystkie do pokoju. Biedne stworzenie zostało pozbawione życia w sposób bardzo drastyczny. Następnym etapem przygotowywania posiłku było pozostawienie zwłok w misce, w celu ... no właśnie, o co chodziło? Chyba, żeby krew wyciekła czy coś takiego. Zwłoki złożyłyśmy w misce, w łazience. I w tym momencie Mariola postanowiła się wykąpać. Napuściła wody do wanny, rozebrała się i... w tym momencie do kurczaka wróciły jakieś siły życiowe. W każdym bądź razie zaczął podskakiwać w tej misce, obryzgując krwią całe ściany w łazience. A nie były to niestety kafelki. Mariola z wielkim krzykiem wyskoczyła z wanny i nagusieńka wybiegła do pokoju. Zwłokami zajęła się oczywiście Bożena. Ja nie chciałam absolutnie na to patrzeć. Po ujarzmieniu zwierza, Bożena przystąpiła do skubania a potem do tych wszystkich czynności związanych z przystosowaniem do spożycia. I wtedy, w trakcie sekcji okazało się, że jest to kura, do tego nioska. Co by to nie znaczyło. Trudno, życie straciła, należało ją skonsumować. Opaćkana wszelkimi przyprawami trafiła na rożen. Tyle, że mięsa było z niej niewiele. Zresztą straciłyśmy apetyt.
W końcu dotrwałyśmy do północy. Przywitałyśmy Nowy Rok łykiem wina i położyłyśmy się spać. Żadnych ekscesów. Biedną kurę pamiętam do dziś. Miałam jeszcze trzy przypadki z żywymi zwierzętami przeznaczonymi do konsumpcji. Wszystkim darowałam życie :) W prawdzie wszystkie skończyły w garnku, ale nie z mojej ręki. Ba, ja ich nawet nie skonsumowałam :)
Ale, gdyby nie to zdarzenie z kurą, o czym miałabym pisać? A tak, sprawa kury jest co prawda plamą na mojej psychice, ale wyciągnęłam z tego doświadczenia wnioski.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz