Październikowe słońce !!! Cudowny czas. Spoglądam w horyzont i tęsknię za górami. Zawsze, kiedy siadam przed klawiaturą mam problem z wyborem tematu, bo w głowie kłębi mi się tak dużo wspomnień. I wszystko warte jest opowiedzenia. Chciałabym zachować jakąś chronologię wydarzeń, ale czasami mi nie wychodzi.
Początek ósmej klasy przyniósł pewne zmiany. Przede wszystkim moja mama wróciła z Mariuszem do Ząbkowic. Rozwiodła się. Pomimo tego, że miała swoje mieszkanie, wprowadziła się do babci. Tak więc zamieszkaliśmy wszyscy razem. Niby jedna, wielka rodzina, ale to zagęszczenie nie sprzyjało dobrym, rodzinnym relacjom. Przede wszystkim u mamy wystąpił "syndrom zerwanego łańcucha". I naraz nasze role się odwróciły. Chciała nadrobić stracony czas, odnaleźć straconą młodość. Chciała być moją kumpelką, a ja jednak wolałam matkę.
W rodzinie rozpoczął się zły czas. Całkowity brak porozumienia. Mama zaczęła pracę w najsłynniejszej ząbkowickiej mordowni "Pod Bykiem". Był to lokal wątpliwej klasy, a praca barmanki wyglądała inaczej niż teraz. Mama przez lata poniżana i poniewierana stała się łasa na komplementy. Były to czasy, w których postawienie barmance wódki był objawem najwyższego uznania. A picie w pracy należało do rzeczy najzupełniej normalnych. Zdarzało się, że wracała z pracy bardzo późno, albo wcale. Nawiązała nowe znajomości. Chciała się bawić. Ale był Mariusz. Bardzo często zostawał pod opieką babci. Za skarby świata nie chciał chodzić do przedszkola. Babcia opiekowała się w tym czasie Moniką i Łukaszem. I to stanowiło najważniejszy argument dla mojej mamy. Bo skoro pilnuje dzieci drugiej córki, to dlaczego nie jej? Nie brała pod uwagę tego, że ciocia wracała po pracy do domu i przynajmniej wieczorami była ze swoimi dziećmi. Mama pracowała w systemie tydzień pracy i tydzień wolnego. W pewnym momencie system zmienił się na tydzień w pracy i tydzień z koleżanką poza domem. Konflikt narastał. Doszło do tego, że babcia zaprowadzała Mariusza do baru, żeby zmusić mamę do powrotu do domu. Szkoda mi było chłopaka, ale rozumiałam również babcię. Rozumiałam również ciotkę, która ze swoją rodziną przestała się czuć jak u siebie w domu. Po pewnym czasie do domu rodzinnego zaczęli wracać inni. Jak bumerangi, wujek Janek, bo mu w życiu nic nie wyszło, wujek Rysiek, bo kolejna żona czy kochanka zrobiła mu eksmisję :) Wszyscy traktowali dom babci jak swoją ojcowiznę. Zwykle tylko w zakresie zamieszkiwania, bo jakoś nikt się nie kwapił do łożenia na utrzymanie. Nic dziwnego, że cioci, która ponosiła główny ciężar utrzymania mieszkania przestało się to podobać. I w ten sposób wspólne mieszkanie stało się koszmarem. Najgorsze były święta. Najpierw przygotowania, gotowanie, zastawianie stołu, a potem wzajemne pretensje, żale, wypominki. Zaczęłam uciekać z domu zaraz po opłatku. A potem spędzałam z ochotą czas u babci Talarkowej. Tam było zupełnie inaczej. Wszyscy zjeżdżali się na święta, siadali do stołu z przyjemnością, a nie z wzajemnymi żalami. A przecież też nie byli idealni. Też mieli swoje problemy. Potrafili uszanować babcię i dziadka. Właśnie wtedy postanowiłam, że jak będę kiedyś miała swoją rodzinę, to święta będą u nas przyjemnością. I to nam się udało. Stworzyliśmy swoją, niepowtarzalną tradycję i kontynuujemy ją od prawie trzydziestu lat :)
A wracając do mamy kumpelki. Kiedyś, po lekcji religii, które odbywały się po południu w salce katechetycznej, poszliśmy z kolegą Markiem J. na spacer po mieście. Tak po koleżeńsku, bez żadnych podtekstów. Wieczór październikowy, ciepły... Chodziliśmy po mieście i rozmawiali. Pamiętam, że dziwiła nas cisza na ulicach. Ale w telewizji leciał wtedy serial "Izaura". Taki wenezuelski czy brazylijski gniot, ale ludziom się podobał. I w czasie emisji ulice pustoszały. Marek odprowadził mnie do domu i jeszcze przez chwilkę staliśmy w bramie. Wtedy zza rogu wyłoniła się moja mama. Była w stanie wskazującym i chciała być super nowoczesna. O ! Zięciu ! Zaproś go na górę! Napijemy się wina!... Rety! Jak mi było wstyd. Marek w fajny sposób wybrnął z sytuacji. Pożegnaliśmy się i poszłam do domu. Myślałam, że się spalę ze wstydu i już nigdy nie pójdę do szkoły. Ale poszłam. Gdzieś tam na przerwie podszedł do mnie Marek i powiedział, żebym się nie martwiła. Nikt nie odpowiada za swoich rodziców i nie jestem w takiej sytuacji sama. Takie jest życie.Nigdy już o tym incydencie nie rozmawialiśmy, ale ja zaczęłam unikać odprowadzania mnie przez kolegów do domu. Ale taka jest prawda. Rodziców się nie wybiera. I bez względu na ich słabości, należy ich szanować. Bo gdyby nie oni, nie mielibyśmy szans na życie. Ale zawsze należy wyciągać ze swojego dzieciństwa wnioski, żeby swoim dzieciom nie sprawiać takich samych przykrości, jakich sami doznaliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz