czwartek, 15 października 2015

Piszę coraz częściej bo... No właśnie, dlaczego? Mam więcej czasu? Jesienna pogoda sprzyja rozważaniom? W zasadzie wszystkiego po trochu. Ale z częstszym pisaniem wiąże się pewien konflikt; z jednej strony chciałabym dojść w swoich wspomnieniach i rozważaniach do czasów współczesnych, a z drugiej, z podstawówką wiąże się tak wiele fantastycznych zdarzeń, że ciągle żal mi ją opuszczać.
Na początku ósmej klasy pojawiła się w szkole nowa nauczycielka. A właściwie praktykantka. Pracowała głównie w sekretariacie i chyba miała na imię Gosia. Młoda, ładna, miła. Chłopaki zaczęli ją adorować. A ona zapewne chciała się zintegrować z młodzieżą. Zaproponowała nam kilka wyjazdów na rajdy. Młodość i uroda Gosi wygrały z doświadczeniem Wójcika i Becka. Bardzo szybko i chętnie zebraliśmy grupę, z którą pojechaliśmy na dwudniowy rajd do Zagórza. Zwiedzaliśmy okolicę, nocowali w schronisku. Nie pamiętam nazw zdobytych szczytów czy zwiedzonych zamków, bo wtedy od nazw ważniejsza była ilość zdobytych punktów do GOTu. Jeździliśmy z nią w góry parokrotnie. Ale też nie rezygnowaliśmy z wyjazdów z Wójcikiem i Beckiem, z którymi zwiedziliśmy Jaskinię Niedźwiedzią, Kletno, Marię Śnieżną... W końcu doczekaliśmy końca roku szkolnego. Ciepły, słoneczny czerwiec zachęcał do biwakowania. Zaproponowaliśmy Małgosi, żeby pojechała z nami jako opiekunka pod namioty na pobliskie Bartniki. Tuż przed wyjazdem, kiedy byliśmy już spakowani, Gosia poinformowała nas, że nie może jechać i musimy odłożyć wycieczkę na inny termin. Popatrzyliśmy z żalem na nasze spakowane plecaki. Część z nas postanowiła wrócić do domu. A parę osób, w tym ja, podjęliśmy błyskawiczną( i niewątpliwie bardzo głupią) decyzję o samodzielnym wyjeździe. Kto wtedy pojechał? Ja, Andrzej Świrek, Marek W., Marek J., Artur Ś. Chyba nie było z nami nikogo więcej. Wsiedliśmy do pociągu i pojechali do Kamieńca. A stamtąd, pieszo, doszliśmy na Bartniki. I okazało się, że niezorganizowane biwakowanie wcale nie jest łatwe. Przez jakiś czas szukaliśmy odpowiedniego miejsca do postawienia namiotów. Byłam zaopatrzona w dwuosobowy, ciężko zdobyty przez ciocię namiot. Chłopcy mieli drugi, większy dla siebie. Kiedy w końcu znaleźliśmy, wydawałoby się doskonały plac na biwak...okazał się podmokłym, śmierdzącym kawałkiem gruntu. Za toaletę mogły nam służyć wyłącznie pobliskie krzaki. Nie mieliśmy butli, musieliśmy rozpalić ognisko. I tu pojawił się kolejny problem. Brak dostępu do wody pitnej, a tej z jeziora, nawet w największej desperacji nie odważyliśmy się użyć. Pokonując kolejne przeszkody dotrwaliśmy do wieczora. No i objawiła się kolejna niedogodność. Żaby. Wstrętne, hałaśliwie kumkające żaby. Robiły tyle hałasu, że nie mogliśmy swobodnie rozmawiać. W pewnym momencie Andrzej, albo Marek J., nie pamiętam dokładnie, wyciągnął z plecaka butelkę alkoholu. Większość z nas nie przejawiła ochoty na picie. Andrzej uznał nas za drętwiaków i świętoszków, i postanowił napić się z Markiem J. Nie wiem ile tego wypili. W pewnym momencie zaczęły im przeszkadzać żaby. Zabrali po patyku i poszli je uciszać. W trakcie tego zajęcia Andrzej wpadł do wody. Tu muszę przyznać, że Marek W, Artur i ja wykazaliśmy się rozsądkiem i odpowiedzialnością. Wyciągnęliśmy Andrzeja z wody i przebrali w suche ciuchy. Potem chłopcy zaproponowali, żebym odstąpiła pijakom swój namiot i przenocowała razem z nimi. A kiedy upychaliśmy Andrzeja w namiocie, zorientowaliśmy się, że zniknął Marek. Chłopcy wyruszyli na poszukiwania. Odnalazł się wiszący na uszkodzonej wieżyczce ratowniczej. Później dowiedzieliśmy się, że nie umiał pływać, więc ta wędrówka mogła skończyć się tragicznie. Ale to jeszcze nie był koniec naszych udręk. W nocy Andrzej zaczął wymiotować, a Marek darł się w niebo głosy, żeby go wypuścić z namiotu. Chyba nawet wytrzeźwiał. Rano panowie przystąpili do prania namiotu, ale jeszcze wiele lat po tym zdarzeniu, w namiocie podawało drożdżami.
Rano, po szybkim i skromnym śniadaniu, postanowiliśmy przenieść namioty w inne miejsce. Nasza wolność i samodzielność zaczęła nas nudzić. Nawet nie kąpaliśmy się w jeziorze. Dokuczał nam brak wody. Zrobiliśmy zrzutkę i przystąpili do losowania, kto ma iść do wsi po jakieś napoje. Wypadło na mnie i Andrzeja. Okazało się, że to tego wiejskiego sklepu jest kawał drogi. Kiedy tam dotarliśmy, za wszystkie pieniądze kupiliśmy popularny wtedy napój "Złotą Rosę"

Zapakowaliśmy butelki do worka po namiocie i... ciężkie. A przed nami długa droga przez most. Popatrzyłam na drugą stronę rzeki. W niewielkiej odległości dostrzegłam nasze namioty. Czyli są blisko, tylko droga przez most jest daleka. Zaproponowałam więc Andrzejowi, żebyśmy przeszli wpław, przez rzekę. Popukał się po głowie. Ale ja byłam przekonana, że to dobry pomysł. Rzeka wyglądała na płytką. Wyraźnie widziałam na dnie żwir i kamienie. Zdjęłam buty i weszłam do wody.Nie było innej opcji, Andrzej poszedł za mną. Oczywiście, że przez całą przeprawę wyzywał mnie od idiotek, ale szedł. Tuż przed wyjściem na drugi brzeg koryto rzeki stało się głębokie a nurt rwący. Straciłam grunt pod nogami i zaczęłam się najzwyczajniej topić. Andrzej porzucił worek z napojami i przystąpił do ratowania. Udało nam się. Wyczołgaliśmy się na brzeg. Nawet nie straciliśmy napojów. Leżeliśmy mokrzy, zziajani i przestraszeni na brzegu. W ogóle nie zwracałam uwagi na to, że mam ubranie przyklejone do ciała, co znacznie podkreślało moje wdzięki :) Ale Andrzej to dostrzegł. W pewnym momencie rzucił się na mnie dość namiętnie, a ja z zaskoczenia zdrętwiałam. No i zobaczyłam męską erekcję w całej krasie. Tak naprawdę było to moje pierwsze, tego typu doświadczenie. Andrzeja udało mi się poskromić i wytłumaczyć, że dla mnie jest tylko i wyłącznie przyjacielem, a "te sprawy" jeszcze mnie nie interesują. Ot, dojrzewanie...
Wróciliśmy do kolegów lekko zażenowani. Może nawet zawstydzeni. 
Nadszedł wieczór, a ja uznałam, że ten biwak już mi się znudził. Spakowałam plecak i postanowiłam wracać do domu. Po pewnym czasie wszyscy uznaliśmy, że idziemy. Kiedy dotarliśmy na dworzec PKP w Kamieńcu, okazało się, że pociąg mamy dopiero nad ranem. Ale i tak nikt się nie zainteresował grupą małolatów na dworcu, z plecakami, w nocy. Cierpliwość nigdy nie była moją mocna stroną. Grupa się podzieliła. Dwie osoby zostały a trzy postanowiły jechać stopem. Kto postanowił łapać stopa? Oczywiście ja i Andrzej oraz Marek W. Samochód udało nam się zatrzymać dość szybko. I tak dotarliśmy do domu. O naszym samodzielnym biwaki nie powiedzieliśmy nikomu. I tym sposobem prawda po raz pierwszy wychodzi na jaw :)
Życie nie polega na tym, żeby nie popełniać błędów. Najważniejsze jest to, żeby wyciągać prawidłowe wnioski i naukę na przyszłość. Nam się udało powrócić całym i zdrowym. Widocznie opatrzność miała w stosunku do nas inne plany. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz