Miałam w podstawówce pewną zaletę... puste mieszkanie :) Na zakończenie siódmej klasy postanowiliśmy zrobić w nim prywatkę. Dziś pewnie zadowolilibyśmy się chipsami i paluszkami. Ale wtedy postanowiłyśmy z dziewczynami zrobić wypasione przyjęcie. Na dzień przed planowaną domówką zebrałyśmy się w mieszkaniu i przygotowały sałatki, ciasteczka, kanapki.Chłopakom powierzyłyśmy zadanie załatwienia napojów. Nie, nie było alkoholu. Ekstrawagancją było u nas nawet palenie papierosów. Zresztą nie pamiętam czy ktoś palił? Na naszym przyjęciu królowała oranżada w szklanych butelkach.
Nie wiem, czy opowiadałam już historię o Rysiu B. i jego mamie? Która oskarżała nas o znęcanie się nad Rysiem i niecne konszachty ze staruszkami z domu starców koło zamku :) Kiedy kupowaliśmy transporter oranżady w sklepie popularnie nazywanym Jedynką, pojawiła się nie wiadomo skąd mama Rysia B. Zobaczyła chłopaków stojących przy kasie i zaczęła wyzywać od bandytów, chuliganów itp. A oni starali się jak najszybciej zapłacić za oranżadę i zniknąć ze sklepu. Zrobili to chyba w jakiś rozpaczliwy sposób. Matka Rysia nadal wygrażała i posyłała w ich kierunku niecenzuralne słowa, ludzie w sklepie pomyśleli chyba, że oni tę oranżadę kradną i... naraz ruszyła za nami pogoń! Obciążeni oranżadą zdołaliśmy umknąć i schronić się w korytarzu domu Marka J. obok ratusza. Staliśmy tam zdyszani i baliśmy się wychylić. Pomimo przeszkód, oranżada dotarła na domówkę. Kolejnym, niezbędnym elementem prywatek była muzyka. Nie mieliśmy żadnego wypasionego sprzętu. Zwykły kaseciak i parę kaset. Przebojem było "Dmuchawce, latawce" Urszuli. Piosenka w pełni zaspakajała nasze potrzeby. Była długa i romantyczna, więc mogliśmy się dyskretnie przytulać. Aby stworzyć klimat, zasłoniliśmy zasłony. W końcu był to czerwiec, więc dzień jasny i długi. Bawiliśmy się doskonale, maglując te "Latawce..." do bólu. A potem... nie mogło być inaczej. Bawiliśmy się w butelkę :) O rety, ale oszukiwaliśmy! Żeby tylko butelka trafiła na odpowiednią sympatię. Zabawa skończyła się przed jedenastą wieczorem. Wszyscy razem, grzecznie wracaliśmy przez park i próbowaliśmy złapać w dłonie świetliki. I tyle było naszego rozpasania :)
A i tak sąsiedzi byli oburzeni. Na drugi dzień dziewczyny przyszły pomóc mi w sprzątaniu i tyle. Robiłam jeszcze w tym mieszkaniu ze trzy prywatki i jednego niezapomnianego sylwestra, ale o nim znacznie później :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz