wtorek, 13 października 2015

Ze względu na pogodę za oknem, oddałam się rozmyślaniom o jesiennej melancholii. I... doszłam do być może dziwacznych wniosków. Uważam, że melancholia jest w nas. I nie ma nic wspólnego z porą roku :) Pogoda jest może byle jaka, jesień niesie ze sobą sporo problemów, a ja... ja jestem pomimo wszystko pełna pozytywnej energii. Parę dni temu wypełniałam pewien test w urzędzie. I pani mówi do mnie: niech pani trochę ponarzeka, bo mi profil źle wychodzi. Musiałam więc ponarzekać. Choć zrobiłam to niechętnie. 
Bo tak naprawdę nie mam powodu do narzekań. Oczywiście, że staję przed wyborami, mam problemy, które staram się rozwiązywać, brakuje mi czasem pieniędzy i ciągle nie mogę trafić szóstki w LOTTO. Ale to wszystko to pikuś.  Bo z drugiej strony nie muszę borykać się z żadną chorobą. Zwykłe strzykanie w kościach, ból pleców czy łokcia nie uważam za chorobę. Nie faszeruję się lekami, nie rozpaczam, kiedy nie mogę kupić nowych butów. Mam cudowne dzieci, z którymi nie miałam większych kłopotów, jeszcze cudowniejszą wnuczkę, rodzeństwa do wyboru, do koloru i męża, który może nie jest ideałem, ale jest prawdziwym, porządnym człowiekiem. Mam durnowatego psa, którego rozpuściliśmy i teraz nie można go zdyscyplinować, kota, który robi co chce i zawsze chodzi własnymi drogami. Mały ogródeczek, małe mieszkanko, w którym płonie ogień w kominku. Przede wszystkim mam swoje hobby, zainteresowania, zajęcia, które dostarczają mi masę satysfakcji. Książki, wiedzę i możliwość jej pogłębiania. Mam rodzinę. Taką zwyczajną, z którą uwielbiam od czasu do czasu się spotkać. Bezinteresownie, bez żadnych oczekiwań. I mam przyjaciół, takich prawdziwych, na których mogę liczyć. Przekonałam się o tym wielokrotnie. 
Podsumowując... mam klawe życie, więc po co narzekać?  Chyba tylko po to, żeby usatysfakcjonować wrogów :) Ale nie zwykłam karmić trolli. Ubieram się w uśmiech i wychodzę z domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz