czwartek, 1 października 2015

Pierwszy października... przepiękna pogoda. Dwadzieścia dziewięć lat temu, właśnie pierwszego października wracałam z moim noworodkiem ze szpitala do domu. Też było cudownie, słonecznie i ciepło. 
Ale nie o tym postanowiłam dzisiaj napisać. Dziś będzie o moim poczuciu dopuszczenia się zdrady :) A rzecz dotyczy przynależności do drużyny harcerskiej :)
Kiedy po skończonym kursie zastępowych powróciliśmy do szkoły, normalnym było to, że swoją wiedzą się podzielimy. Tak więc na zbiórkach harcerskich poznawaliśmy arkana wiedzy harcerskiej. Szkoliliśmy się we wszystkich technikach i całkiem nieźle nam szło. Zaczęliśmy jeździć na różnego rodzaju zawody harcerskie, biegi na orientację, udzielanie pierwszej pomocy czyli samarytanka i wiele, wiele innych. Pomimo tego, że należeliśmy do szkolnych drużyn, staliśmy się rozpoznawalni w ząbkowickim środowisku harcerskim. Oprócz pracy w drużynie harcerskiej, Janusz Wójcik powierzył mi drużynę zuchową. Moje pierwsze zuchy w chwili obecnej mają już ponad czterdzieści lat. Czas zasuwa niemiłosiernie. 
Wakacje w 1983 roku spędziłam na obozie w Poddąbiu. Zostałam przyboczną drużyny, którą nazwaliśmy "Meteoryt". Drużynowym był Czesiu Mostowy, nauczyciel muzyki z naszej podstawówki. Obóz był niezwykle udany. Większość mojej drużyny stanowili ludzie ze szkoły w Stolcu. Ale nie brakowało i tych z naszej jedynki. 
Kilka zdarzeń pochodzących z tego obozu warte jest przytoczenia. Może ktoś z czytających się rozpozna???
Na każdym obozie drużyny ze sobą rywalizują. Czystość, służba w kuchni i wartownicza, śpiew... Pewnej nocy rozległ się sygnał alarmu. Do zadań obozowiczów należało w jak najkrótszym czasie stawić się w komplecie na placu apelowym. Zrobiłam zbiórkę drużyna na terenie podobozu. Rozpoczęliśmy odliczanie i... jednego brakuje. Szukam więc w namiotach, dookoła ich, w toalecie ... nic. Jeden obozowicz przepadł. Zaprowadziłam drużynę na plac apelowy i sama wróciłam do podobozu. Znowu przeszukałam namioty. Ba, przebiegłam po wszystkich kanadyjkach, obmacałam śpiwory i nikogo nie znalazłam. Już nie na żarty byłam przerażona. Oczywiście nie wypadliśmy rewelacyjnie na nocnej zbiórce. Brak jednego uczestnika spędzał mi sen z powiek. Kiedy wróciliśmy do podobozu, już wszyscy zaczęliśmy szukać. I w końcu odnaleźliśmy delikwenta... spał jak aniołek zwinięty w kłębek, w samym dole kanadyjki. Całe zamieszanie, szum i hałas towarzyszący poszukiwaniom nie wpłynęło na jego słodki sen. A kiedy stanęliśmy wszyscy dokoła jego łóżka, nie ukrywam, że miałam ogromną ochotę mu przyłożyć. Kim był ten śpioch? Malutki Wojtuś. W następną noc nasza drużyna pełniła służbę wartowniczą. Na warcie stanął nasz śpioch Wojtuś i jego kolega, równie malutki Sylwek. W pewnym momencie zostałam wyrwana ze snu. To moi wartownicy przyszli mnie obudzić, gdyż... pojmali intruza. Przez moment pomyślałam, że fantazjują. Ale poszłam z nimi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam przywiązanego do drzewa człowieka. Intruzem okazał się nasz stary harcerz Pipcok, który z racji swojej dorosłości spędzał wakacje w pobliskich Rowach razem z przyjaciółmi. A kiedy skończyły im się zapasy oraz środki płatnicze, postanowił zrobić psikusa i zakraść się do spiżarni :) Nie spodziewał się tak czujnych wartowników. A że był to stary harcerz, poddał się zabiegom wartowników. Rano jeniec stanął przed komendantem obozu i z pokorą przyjął wyznaczoną mu karę :) A karą miało być obieranie ziemniaków. Przystąpił do tej niewątpliwie uciążliwej czynności, ale nie sam. Towarzyszył mu nasz ukochany pomocnik kuchenny Mikołaj Mazur. Postać niezwykle barwna. Niestety już nieżyjąca. Otóż Mikołaj był mężem naszej szefowej kuchni Jasi Mazurowej. Oprócz pomocy w kuchni, grał nam na saksofonie i trąbce cudowne pobudki i capstrzyki. W ogóle był niesamowicie zabawny. Tak wię postanowił towarzyszyć Pipcokowi. Pomoc skończyła się tym, że Jasia obu musiała ewakuować z namiotu, bo picie pod brezentem, w gorący, letni dzień nie wszystkim jednak służy. Za te nocną akcję wartownicy dostali pochwałę i wpadka w trakcie nocnego alarmu jakoś się zbilansowała. 
To część naszej obozowej drużyny. Kto się rozpozna?

Obóz obozem, ale miałam pisać o swojej zdradzie. Otóż na początku nowego roku szkolnego, już w ósmej klasie, poznałam ludzi z drużyn środowiskowych. Nie wiem dlaczego uważałam drużyny środowiskowe za lepsze od tych szkolnych. Przy jakiejś okazji, jakiegoś balu czy innego spotkania, podszedł do mnie Stasiu Pelc, zwany w środowisku Aleksandrem. A to dlatego, że był niezwykle podobny do szczurka Aleksandra z Pszczółki Mai. Stasiu niestety też już nie żyje. Zaproponował mi udział w tworzeniu nowej drużyny harcerskiej, działającej w środowisku. I ja, zdrajca, zgodziłam się. Nie dość, że sama przeszłam to tej drużyny, to jeszcze zabrałam ze sobą wielu wartościowych harcerzy z drużyny szkolnej. Janusz Wójcik bardzo długo nie mógł mi tego wybaczyć i przy każdej nadarzającej się okazji mówił do mnie zdrajco. Nie pomagało tłumaczenie, że po ósmej klasie i tak odeszłabym ze szkolnej drużyny. Nie pomogła nawet moja wytężona praca z drużyną zuchową. Dla Janusza byłam zdrajcą i bardzo źle się z tym czułam. Moja kariera w ŚDH Słoneczni nie trwała długo. Zaraz na początku pierwszej klasy w technikum założyliśmy szkolną drużynę starszoharcerską Helios. Z Januszem wielokrotnie spotykaliśmy się na obozach, ale ja ciągle miałam poczucie winy za to, że jednak dałam się namówić i zdradziłam swoją szkolną drużynę. 
Janusz Wójcik,
 może niezbyt po harcersku, bo z papierosem.
Miał swoje wady, ale wspominam go z sentymentem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz