Przełom siódmej i ósmej klasy to czas, w którym oprócz koleżeństwa i przyjaźni pojawiają się pierwsze sympatie. Nie miałam w tej dziedzinie zbyt wielkich osiągnięć, bo też i temat za bardzo mnie nie interesował. Ale nie wypadało tak w ogóle nie mieć sympatii. Osoby, do której potajemnie się wzdycha. Nie byłam absolutnie oryginalna. jak większość dziewczyn wzdychałam do Piotra B. Ale chyba tak bardziej na pokaz :) Z Piotrkiem spędzaliśmy dość dużo czasu, a to z tego powodu, że oboje rozwijaliśmy swoje kariery w harcerstwie. Prowadziliśmy drużyny zuchowe, jeździli na Sejmiki Drużynowych Zuchowych do wspomnianego już przeze mnie zamku w Szalejowie. Spędzaliśmy czas na obozach, rajdach, wycieczkach. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że bardziej opłaca mi się przyjaźń z Piotrem, niż jakakolwiek inna relacja. Dlaczego ??? A to dlatego, że gdziekolwiek byśmy się pokazali, ustawiała się kolejka wzdychających dziewczyn. A do momentu, kiedy oświadczałam, że Piotrek nie jest moim chłopakiem, byłam po prostu wrogiem. On pewnie nie wie ile fajnych koleżanek zdobyłam za udostępnienie jego namiarów :) No, ale jednak wypadało nie mieć chłopaka.
Moim przybocznym w drużynie zuchowej był Marek W. Nie należał w tamtym czasie to przystojniaków. Wysoki, rudowłosy, piegowaty. Ale był bardzo sympatyczny. Po zakończonych zbiórkach chodziliśmy po łąkach i rozmawiali. O wszystkim. O swoich planach, poglądach na różne sprawy, sympatiach i antypatiach, religii itp. Marek był innego wyznania, ale w niczym to naszej przyjaźnie nie przeszkadzało. Pamiętam, że lubił łowić ryby. Kiedyś nawet mu towarzyszyłam przy łowieniu na gliniankach. Marek wtedy wzdychał do jednej z bliźniaczek, ale nie pamiętam czy do Izabeli czy Estery. Generalnie był bardzo nieśmiały i nie miał odwagi jakoś bardziej tej swojej sympatii okazać. I właśnie wtedy, na tych gliniankach doszliśmy do wniosku, że skoro i tak spędzamy ze sobą tyle czasu, to może będziemy ze sobą chodzić ? To nasze chodzenie trwało jakieś dwa tygodnie. Pokazywaliśmy się na mieście trzymając za rękę. Kiedyś wybraliśmy się w odwiedziny do kolegi do Zwróconej. Oczywiście na piechotę. Odwiedziliśmy Mirka W. jako para :) A on na tę okoliczność zagrał nam na akordeonie Marsz Mendelsona. W drodze powrotnej złapał nas deszcz. Okropnie przemoczeni wróciliśmy do Ząbkowic. Marek odprowadził mnie do domu i właśnie w mojej bramie ... pocałowaliśmy się pierwszy (i chyba ostatni) raz. Było bardzo romantycznie... O cholerka, właśnie sobie uświadomiłam, że oba moje pierwsze pocałunki zdarzyły się w deszczu :) Po dwóch tygodniach doszliśmy do wniosku, że z wielkiej przyjaźni nie będzie wielkiej miłości. Postanowiliśmy zostać przyjaciółmi.
Nie widziałam Marka już od wielu lat. Ale zdarzyło mi się przez wiele lat pracować z jego żoną i siostrą. I bardzo często widuję jego mamę. A kontynuacja przyjaźni pomiędzy rodzinami miała miejsce za sprawą moich córek. Bo one z kolei kolegowały się z młodszymi braćmi Marka.
Moja klasa na zakończeniu ósmej klasy.
Marek W. ostatni z prawej, w drugim rzędzie
A tu od lewej: Marek W. Mirek W. Renata Ś. i Grzesiek W.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz